Mówiąc to, śmiała się głośno. Matka nie spuszczała z nas oczu. Gospodyni zaprosiła nas do drugiego pokoju i tyle różnych zadawała pytań, że matka nie mogła dojść do słowa. Za chwilę przybył starzec. Żona jego przedstawiła go matce. Małżonek, gdy mnie ujrzał, zachmurzył się, a następnie zagadnął matkę, czy ma zamiar zostawić mnie na stancji, a gdy matka odrzekła, że tylko pragnie uregulować rachunek i zabrać moje rzeczy, momentalnie rozpogodził się. Natomiast opiekunka, słysząc to, zachmurzyła się i nie krępując się nas, poczęła kłótnie z mężem o jakieś kolczyki.
Dalsza rozmowa przyjaciółek w cztery oczy musiała być bardzo naprężona, bo gdy matka wyszła z pokoju, w którym była na poufnej rozmowie, chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą tak silnie, że się przeląkłem. Wyglądało to tak, jakby chciała mnie uchronić od złego. Natomiast opiekunka rzuciła za mną takie wymowne spojrzenie, że zawahałem się, czy pójść za matką czy też rzucić się do jej nóg. Była w tej chwili szatańsko piękna.
Starzec, gdy opuściliśmy mieszkanie, rzucił straszne przekleństwo za mną.
Do dziś pozostało dla mnie tajemnicą, o czym rozmawiały ze sobą przyjaciółki. Lecz od tej chwili zauważyłem, że matka stała się dla mnie jakby inna... Od tego czasu nie rozprawiała ze mną tak czule i nie pieściła pocałunkami przy pożegnaniu, jak to było dawniej.
W jeszywecie zostałem przyjęty do tej samej klasy. Matka, odjeżdżając, ofiarowała trzy worki mąki dla „ludzi bez dnia”. Ja zamieszkałem w hotelu, w którym zatrzymywała się zwykle rodzina, gdy przyjeżdżała do Ł. Stołowałem się w dni powszednie u pewnego piekarza, któremu ojciec dostarczał mąkę, w soboty zaś u jednego z przyjaciół ojca.
Pokój, w którym zamieszkiwałem, był ładny, ale smutny. Nieraz nawet bałem się zasnąć.
W niedziele jak zwykle przyjeżdżał ojciec i przywoził mi różne łakocie. Od pewnego czasu zauważyłem, że ojciec jest rozgoryczony. Zapytałem go o powody. Wiadomość, jakiej mi udzielił, była dla mnie bardzo przykra. Matka wyjeżdżała za granicę celem przeprowadzenia kuracji, czuła się bowiem źle. Prosiłem ojca, by zezwolił mi pojechać do domu, odwiedzić ją, lecz stanowczo się temu sprzeciwił, obiecując wszakże, że matka będzie przed wyjazdem u mnie, albowiem tak czy owak musi tędy przejeżdżać.
Rychło też spotkałem u siebie matkę. Zajechała do mnie na pożegnanie. Płakała bez przerwy. Całowałem ją i obiecywałem uczyć się pilnie. Ona dała mi do zrozumienia, że kto wie, czy doczeka tego dnia, kiedy zostanę rabinem. Twierdziła nawet, że na pewno tego widzieć już nie będzie. Płakałem wtedy i przysięgałem, że będę się starał osłodzić jej życie. Pisała do mnie często.
Od tego czasu upłynęły dwa miesiące. Matka w listach prosiła, bym pisał o sobie jak najwięcej. Czyniłem temu zadość.
W jeszywecie byłem jak w domu. Miałem przyjaciół, lecz tylko dlatego, że miałem pieniądze. Najbardziej pyszniłem się swoim zegarkiem. Miałem też ku temu okazję, gdyż co chwila koledzy pytali mnie, która godzina.