Przyjazd jego do nas był zazwyczaj związany z pewną ceremonią, gdy bowiem nadjeżdżał swą karetą zaprzęgniętą w czwórkę ładnych koni, lokaj stawał przed gankiem, a hrabia, nie wysiadając, głosem doniosłym sylabizował nazwisko ojca, a nawet śpiewał te sylaby tak długo, aż ktoś nie usłyszał. Wówczas ojciec i matka śpieszyli ku drzwiom, witając go mniej więcej słowami: „najniższy sługa jaśnie wielmożnego pana hrabiego” i powtarzali to przy otwieraniu drzwi licznych pokoi, prowadząc go do salonu. Hrabia krokiem wolnym posuwał się naprzód i wreszcie siadał na podsuniętym fotelu. Podczas rozmowy żartował, rzucając tłuste dowcipy zagraniczne, które często przez słuchaczy nie były zrozumiane. Odwiedziny te były dość częste, gdyż hrabia przesiadywał większą część roku w Monte Carlo. Zmuszony więc był biedak w progi ojca często zaglądać. Wizyta jego u nas nie trwała dłużej niż dwadzieścia minut. Czas ten regulował, kładąc swój złoty zegarek na stole. Był bardzo punktualny. Punktualność jego nieraz przysporzyła ojcu zmartwienia. Zdarzało się to wówczas, gdy hrabia potrzebował większej sumy na termin.

Przyszły już i święta. Wiosna zapowiadała się przepięknie. Wszyscy jeszcze byli pod wrażeniem przebytych dopiero co świąt. Biedacy kończyli resztki macy, a zamożniejsi spieszyli do dentysty, by leczyć zęby. Była to przymusowa kuracja po macach, którymi w przeciągu siedmiu dni przymusowo się odżywiali.

Pewnego dnia przed wieczorem matka znów wzięła się za mnie. Musiałem pokazać otrzymane od niej dziesięć rubli w złocie. Spojrzawszy na datę roku, oddała mi z powrotem, dodała jeszcze rubla na własny użytek, przy czym zawiadomiła, że tym razem sama pojedzie ze mną do Ł. i pomyśli, gdzie ma mnie umieścić. Przy tym wyjazd został wyznaczony na następny dzień.

Próbowałem delikatnie wspomnieć, że pragnąłbym pozostać na tej samej stancji, lecz matka badawczo spojrzała na mnie i zaznaczyła, że nim zdecyduje, musi najpierw pomówić z moją byłą opiekunką, teraz nic nie wie. Zapewniła mnie wszakże, że mogę być spokojny, gdyż otrzymam dobrą stancję.

XII

Po raz drugi szykowanie do wyjazdu. Od różnych przyjaciół z naszego domu znów wysłuchiwałem morały, tylko już z mniejszym zapałem znosiła ta sama służąca dla mnie smakołyki. Tym razem musiała ją matka upominać, co ma przyszykować. Zdaje mi się, że ona pierwsza wówczas zwątpiła w moją gwiazdę rabinowską. Ta poczciwa kobieta była jedyną zwolenniczką matki i przytakiwała zawsze jej poczynaniom. Czyżby ona mnie przejrzała na wylot i wiedziała, że z planów matki zostaną nici?...

W dniu wyjazdu wiosna była już w pełni i śliczny roztaczała obraz. Lasy pachniały świeżością, a ja po raz pierwszy w życiu ujrzałem prawdziwego leśnego zwierza, jak zwinnie przeskakiwał z drzewa na drzewo. Matka wyjaśniła mi, że to jest wiewiórka, co było mi zresztą obojętne. Nie przejąłbym się i nazwą lwa, gdyż ani o jednym, ani o drugim nic nie wiedziałem. W chederze i w słynnym jeszywecie, dokąd obecnie wracałem, o takich głupstwach nie wspominają.

Druga ta moja podróż, już w towarzystwie matki, mniej mnie zachwycała. Byłem jakoś zobojętniały na otoczenie. Świat tym razem wydawał mi się mniej imponujący. Przez cały czas zajęty byłem jedną myślą i starałem się odgadnąć zamiar swej rodzicielki co do oddania mnie znów pod opiekę przyjaciółki. Przeczuwałem, że tego nie zrobi. Próby matki w kierunku nawiązania ze mną rozmowy w tej sprawie nie dochodziły do skutku. Jechaliśmy więc, całą drogę prawie nie rozmawiając ze sobą.

Było już po południu, gdy przybyliśmy do Ł. Zatrzymaliśmy się w hotelu. Po czułym przywitaniu się matki z otyłą właścicielką hotelu, udaliśmy się wprost do dawnej mej stancji. Przyjaciółka rzuciła się do matki z otwartymi rękami, a następnie całowała ją tak czule, że matka ledwo uwolniła się z jej silnych ramiom. Po przywitaniu tym spojrzała na mnie, jakby dopiero mnie zauważyła, a podając mi rękę, którą wahająco przyjąłem, zapytała:

— A co z tobą?... Fe!... — dodała z uśmiechem — rzucić naukę i chorować to nieładnie. Kto chce się uczyć, nie marnuje czasu na choroby.