I tak trzymał mnie już za rękę, dopóki nie weszliśmy na posterunek.

Otoczony zostałem tu przez żołnierzy i za chwilę zjawił się oficer, sam komendant posterunku, z listą w ręku. Przyglądał mi się bacznie, po czym na głos czytał nazwiska poszukiwanych przez policję. Wyczytał też moje nazwisko, na które siedziałem w Niemczech, nie zatrzymując się, czytał dalej. Odetchnąłem z ulgą.

Spojrzał też na mój paszport, mojego nazwiska tam nie było, potem zaczął fotografię oglądać. Zapytał mnie też, co ja wyrzuciłem podczas aresztowania do wody.

— Chleb — odparłem.

Uśmiechnął się i kazał mnie zrewidować.

Nic takiego u mnie nie znaleziono, oprócz jeszcze jednego paszportu

— Czyj to jest? — pytał.

— Kuzyna mojego — wyjaśniłem — zapomniał o nim i zostawił u mnie.

Znowu począł szukać, czy tego nazwiska nie ma na liście. Po przekonaniu się, że nie, zwrócił się do żołnierzy.

— Który z was podejmie się odprowadzić go do Ł. na Feldpolizei? To musi być dobry ptaszek. Tam mają fotografie i sprawdzą, co on za jeden.