Drugi więzień dorzucił:

— Pewnie pogłaskał kogoś patykiem.

— To było tak — odparł zagadnięty — zabrałem chłopu krowę, ten mnie złapał, a ja go w łeb, potem krowę przyprowadziłem do „Machabejbusa”248, a ten, psiakrew, niechrzczona dusza, dał znać do policji. No i za to mi dali „koło”.

— No, brachu — zauważył jeden poważnie — tyś bardzo źle zrobił. Można było to zrobić, ale odwrotnie, dać krowie w łeb, a przyprowadzić chłopa do „Machabejbusa” , a na pewno nie dostałbyś tyle.

Na ten dowcip kilku więźniów naraz roześmiało się głośno. Między nimi i ja byłem. Drugim razem znów podsłyszałem, jak więzień wychodzący na wolność żegnał się z towarzyszami, mówiąc:

— Żegnam was, chłopaki! Życzę wam też wkrótce wolności.

A jeden filut, podając mu rękę, życzył mu:

— No, idź z Bogiem, a przyjdź z policjantem.

Trafne życzenie, które się też wkrótce sprawdziło. Sam widziałem tego samego więźnia między więźniami spacerującymi na „rajskim podwórku”, zaledwie dwa tygodnie po jego zwolnieniu.

Mimo nędzy i głodu prawdziwy wisielczy humor tu nieraz panował. Gdybym chciał opisać tragedię życia więźniów w całej jej okrutnej rzeczywistości na podstawie szczegółowych, codziennych wydarzeń, nie mógłbym nigdy tego doprowadzić do skutku. Trzeba by tym zapełnić całe tomy. Zaznaczam przez to, że w pierwszym tomie pamiętnika mam na celu przedstawić tylko swe życie w streszczeniu i życie w niemieckim więzieniu, ujęte w formie krótkiej. Piszę wszystko to, co uważam, że zasługuje na baczniejszą uwagę. O szczegółowym zaś życiu w więzieniu we wszystkich jego przejawach, opiszę obszernie w drugim tomie Pamiętnika.