Za chwilę wróciłem, przyciskając pieszczotliwie pół bochenka razowca, ze dwa funty sera i kubek masła. W drugiej połowie osiemnastego roku wolno było już podobne rzeczy podawać. Podałem też zaraz Mańkowi z tego część, a sam zabrałem się gorliwie do pracy.
Więc jeszcze nie wszystko stracone? Ktoś pamięta o mnie. Ale kto to być może? Nie mogłem w żaden sposób się domyśleć. Może to „fryzjerka”, przeleciało mi przez głowę. Na tę myśl przez moment przestałem jeść. Nigdy bym od niej nic nie przyjął.
Czekałem teraz z cierpliwością dnia piętnastego. W nocy z czternastego na piętnastego nie mogłem zasnąć. Zaraz rano stanąłem na posterunku przy drzwiach. Może dziś będę miał widzenie, myślałem, pierwsze śledztwo już ukończone, to dostanę widzenie. Dręczony różnymi domysłami doczekałem się chwili, gdy wołano na widzenia. Usłyszałem teraz najwyraźniej w świecie wywołane moje nazwisko. Serce mi oddech zaparło ze wzruszenia, tak że myślałem, iż upadnę. Znów słyszę zbliżające się kroki i drzwi mojej celi otworzyły się. Był to ten sam dozorca, Polak, których tu teraz z dnia na dzień więcej przybywało.
— Jazda na widzenie — zawołał.
Poszedłem za nim, nogi pode mną się uginały i cały drżałem. „Kogo ja tam ujrzę?” — pomyślałem. Nareszcie stanąłem u klatki, oczekując na osobę, którą wpuszczą. Wtem drzwi się otworzyły i usłyszałem w korytarzu głośne łkanie. Właśnie ta, co łkała, została wepchnięta do tej przegródki naprzeciw mnie. Przede mną stała jakaś młoda kobieta, zasłaniając sobie twarz chusteczką i łkała. Nie poznawałem.
— Do kogo pani? — spytałem. Ta odkryła twarz i to, co ujrzałem, zelektryzowało mnie całego. Przede mną stała Elcia. Nie mogła słowa wymówić, tylko łkała. Mnie zaś na ten widok łzy stanęły w oczach i zawołałem wzruszony:
— Elciu! Proszę cię, przestań. Piętnaście minut mamy tylko na rozmowę. Mówże, co masz do mnie, bo nas zaraz rozłączą.
Spojrzała na mnie załzawionymi oczyma, a przypatrując mi się chwilę, rzekła:
— Boże! Jak ty strasznie wyglądasz!...
— Mniejsza o mnie, powiedz, co tu robisz?