Zamiast spodziewanej odpowiedzi wybuchnęła głośnym płaczem. Widząc to, zacząłem ją błagać, aby mówiła, a płakać ma czas w domu. Oprzytomniała i zaczęła mi opowiadać.
— Trzy tygodnie temu dowiedziałam się dopiero, że ciebie aresztowano i natychmiast przyjechałam, i już pozostanę. Nie opuszczę cię. Moje miejsce — zakończyła — jest tu, przy tobie.
Serce krajało mi się z rozpaczy, doznałem litości nad moją nędzną osobą ze strony najmniej spodziewanej, ze strony tej, którą zhańbiłem.
— Elciu — błagałem wzruszony — wróć do domu, co ty będziesz tu robiła?
— Nie martw się o mnie, już postarałam się o posadę sklepowej, mam trochę pieniędzy z domu i nie zginę, tu muszę cię ratować.
— Co twój ojciec i ludzie na to powiedzą? — spytałem po namyśle.
— Ojciec? — mówiła w zamyśleniu. — Któż tu jest temu winien, co się ze mną stało, jak nie on, a ludzie mnie wcale nie obchodzą.
Zrozumiałem znaczenie i gorycz tych słów i powiedziałem ze łzami w oczach, widząc, że już rozłączają nas:
— Żegnaj, kochana, chyba że stąd nigdy nie wyjdę...
Nie dokończyłem, gdyż Ról wpadł i rozłączył nas. Łkając, pożegnała mnie.