Przyszedłem do celi, cały wzruszony, złamany moralnie i fizycznie. Od razu przestałem myśleć o jedzeniu i cała moja myśl krążyła wkoło tego, co się stało. Więc ze wszystkich przyjaciół i przyjaciółek, dla których kradłem i ryzykowałem życie, tylko ta, którą skrzywdziłem i traktowałem jako przelotną miłostkę, ma dla mnie aż tyle serca? O, jakbym wtedy pragnął upaść jej do nóg i błagać o przebaczenie!

Nie mam słów na wyrażenie tego, jakiego na jej widok doznałem wrażenia. Przysiągłem między czterema ścianami mojej celi, mówiąc głośno sam do siebie, że o ile stąd wyjdę, to zostanę jej dozgonnym przyjacielem i wiernym do grobu. Wyobraziłem sobie ten jej smutek, jaki często gnębić ją musiał i krzywdę, jaką jej wyrządziłem, więc głęboko mnie trawił niepokój.

Po obiedzie tegoż dnia przyniesiono podanie. Mimo głodu nie tknąłem go. Na wołanie mnie po apelu na okno nie odezwałem się. Coś mnie dusiło w gardle. Wreszcie zapłakałem i to mi ulżyło. Pomodliłem się tego wieczora po raz pierwszy od chwili mojego tu pobytu i zmęczony rzuciłem się potem bez kolacji na siennik i zasnąłem.

Rano, gdy obudziłem się, odczuwałem silny ból głowy i taką gorączkę, że ledwo mogłem się trzymać na nogach. Wszystko mnie bolało. Meldowałem też dozorcy o moim stanie. Przyszedł felczer, którym był, jak już wspomniałem, „błogosławiony” Ról. Pierwsze jego słowa były:

Lump, du hast sich tot gefressen249!

Nie odpowiedziałem.

Obracał mnie, opukał i rzekł, że mi nic nie jest i kazał natychmiast łóżko podnieść i ubierać się, po czym łóżko zamknął na klucz, zawołał też „kalefaktora” i rozkazał mu zabrać wszystko, co mam do jedzenia. Patrzyłem smutno na tę grabież i nic nie mówiłem.

Od tego dnia zacząłem wątpić w sprawiedliwość ludzką i w mojej duszy zakorzeniło się pragnienie zemsty i chęć odwetu. Poczułem też z tego powodu nienawiść do wykonawców wszelkiej sprawiedliwości. Dnia następnego wszelkie dolegliwości ustały. Po jednodniowym poście głód mi dokuczał, ale nie miałem co do jedzenia, zabranego z celi pożywienia już więcej nie widziałem.

Pierwszej soboty po widzeniu się z Elcią, przed wieczorem, wołano mnie po imieniu poza murami. Wdrapałem się więc do okienka i uczepiwszy się kraty usłyszałem głos kobiety. Poznałem ten miły głos. Więźniowie rozmawiający oknami nakazali jeden drugiemu milczenie, a ja zacząłem z nią na odległość rozmowę. Na szczęście tego wieczora mieliśmy dobrych żołnierzy na warcie, więc nie przeszkadzali nam. Elcia, bo to była ona, pocieszyła mnie naiwnie tymi słowami:

— Nie martw się, na drugi tydzień będziesz z pewnością wolny, bo ja się o to staram.