— Daj, Boże, doczekać czasów Mesjasza!

Ojciec przyjmuje je z rozpromienionym obliczem, a matka dopomina się o mnie, co natychmiast zostało wypełnione i znów znalazłem się przy jej boku.

Po ukończeniu uroczystości rytualnych na stole pojawiają się rozmaite potrawy i trunki. Zaczyna się biesiada. Wznoszą toasty na moją cześć, sypią się przy tym tłuste dowcipy, a także nie omijają okazji, by porozmawiać o miejscowym życiu i interesach, przeciągając biesiadę do późnej nocy.

II

Od wspomnianego dnia, tj. od dnia, gdym został doliczony do wyznawców Mojżesza2, upłynęło lat pięć. Są to najmilsze lata nie tylko mojego dzieciństwa, ale i całego życia. W tym to czasie rozstrzygnął się mój los co do początkowej nauki.

Pamiętam to jak dziś: w rocznicę ukończenia piątego roku życia, przy obiedzie spostrzegłem, że matka i ojciec coś knują przeciwko mnie, przemawiali się3 ze sobą. Z pochwyconych słów zrozumiałem, że rozmowa tyczy się mnie, ale o co idzie, nie wiedziałem. Później dowiedziałem się, że był to spór o moją przyszłość. Ojciec, pragnąc we mnie rozwinąć rozum, a nie żadne baśni o cudach, diabłach i czarach, chciał, żebym uczęszczał do szkoły publicznej, jaka była w miasteczku. Matka zaś, będąc córką chasydzką4, święcie wierzyła w to, że Pan Bóg obdarzył ją synem za pośrednictwem cadyka nie na to, aby go wychować na goja, lecz na sługę Boga. Pragnęła koniecznie, a nawet twierdziła, że będę cadykiem, a przynajmniej rabinem. W tym to celu obstawała przy tym, bym rozpoczął naukę od tradycyjnego chederu5. Nie mogąc się pogodzić między sobą, uradzili się zapytać mnie, co wolę: szkołę czy cheder.

Ojciec jak i matka, pragnąc mnie ująć każdy na swą stronę, prześcigali się w podarkach i łakociach. Że zaś tego dnia, gdym miał zadecydować o swym losie, matka podarowała mi ładnego konika i ołowianego żołnierza, a do tego plitkę czekolady6, więc zostając pod jej wpływem, udzieliłem swej zgody na uczęszczanie do chederu.

Pamiętam ów dzień, gdy matka po raz pierwszy zaprowadziła mnie do chederu. Widzę siebie, jak przez mgłę, jako małego chłopca siedzącego w chederze, wciśniętego przy dużym stole między kilkunastu pędraków ubranych różnobarwnie, zależnie od zamożności tych, którzy przyczynili się do ich istnienia.

Jesteśmy schyleni nad książką i wykrzykujemy różnymi głosami. Na środku chederu, na brudnej, z gliny ubitej podłodze, siedzi w rozmaitych pozach kilka dziewczynek. Bawią się one, każda na swój sposób. W kącie chederu, wśród dymu przebija sylwetka żony rebego, która coś pod nosem gdera na męża. Izba to nieduża, mieszcząca się w suterenie. Nigdy nie była wietrzona. Stale zapełniający ją uczniowie oddychali dymem i wyziewami. Dym niemiłosiernie gryzł w oczy, a przy tym było tam duszno i gorąco nie do wytrzymania.

Nad tą gromadką dzieci królował rebe, stojąc w środku chederu, wyprostowany, nieomal groźny. W prawej ręce trzymał swoje berło dziesięcioramienne, wszechwładny kańczug7. Od czasu do czasu próbował rebe swej nieograniczonej władzy, śmigając po plecach bliżej siedzących chłopców, więcej dla wprawy niż z potrzeby. Wszyscy zbijaliśmy się w kupkę, tak że szpilki nie zdołałby nikt między nas wcisnąć. Rebe, chcąc nas rozłączyć, śmigał kańczugiem po głowach i wywijał nim groźnie w powietrzu.