— Nikt nie dokona takich cudów, jak cadyk z Libawy. Moja kuzynka piętnaście lat nie rodziła, a gdy za radą rabina pojechała do niego, to wkrótce także porodziła syna.
— Może i mnie warto pojechać do niego — rozpromieniając się, podchwytuje blada Żydówka. — Jak pani wiadomo, i ja jakoś nie... — Tu, zniżając głos, dodaje: — Już siedem lat po ślubie!...
— Ty, moja droga — odpowiada tamta z politowaniem — jesteś za biedna, ażebyś mogła z jego łaski korzystać.
Te i inne podobne rozmowy toczą się na temat mego przyjścia na świat.
Ósmego dnia mego życia widzę w domu ruch i przygotowania do uroczystości. W tym to dniu miał się odbyć rytuał wprowadzenia mnie w szeregi wyznawców zakonu Izraela. Izba błyszczy czystością, świece w mosiężnych i srebrnych lichtarzach płoną na stołach. W innym pokoju, gdzie leży matka, słychać śmiech kobiet. Pełno tam krewnych i sąsiadek. Mężczyźni siedzą w pierwszym pokoju, naokoło stołów ustawionych w półkole. Ojciec i krewni pełnią obowiązki gospodarzy domu, starając się każdego przybysza posadzić na właściwym miejscu, zależnie od stanowiska, jakie zajmuje w hierarchii małego miasteczka.
Rabin z siwą, długą brodą, o pięknie zakręconych pejsach siedzi na honorowym miejscu i coś recytuje na głos, a wszyscy słuchają w skupieniu.
Naraz drzwi szeroko się otwierają, a Żyd o abrahamowym, imponującym wyglądzie wnosi mnie, leżącego na poduszce, ja zaś jak gdyby przeczuwając, co mnie czeka, wrzeszczę na cały głos. Poduszka ze mną przechodzi z rąk do rąk. Jakiś rudy Żyd nachyla się nade mną ze swoim nożem rytualnym, a następnie brudnymi rękoma przystępuje do operacji... Dziecięcy mój głos zamarł na ustach i w izbie zapanowała niczym niezmącona cisza. Stary rabin odprawia modły, poruszając bez szelestu ustami, a po chwili, jakby obudzony ze snu, przerywa panującą ciszę okrzykiem: „Mazel-tow! — Mazel-tow!” (Daj, Boże, szczęścia). Wszyscy obecni ściskają dłoń ojca i składają życzenia:
— Daj, Boże, żeby zdrów się chował!
— Daj, Boże, doczekać jego zaślubin!
— Daj, Boże, żeby wyrósł na cadyka!