Po pewnym czasie przybył po mnie furman z rodzinnego miasta. Na znak gwarancji postawił trzy znaki na dużym arkuszu papieru, po czym zabrał mnie do domu. Po drodze rozmyślałem, co też mnie czeka po roku nieobecności.
Pragnąc dowiedzieć się, co słychać w domu, zapytałem się furmana, lecz ten niechętnie odpowiadał na moje pytania, zbywając mnie półsłówkami, z czego wywnioskowałem, że nie jest on przychylny dla naszego domu. Był to ten sam furman, z którym swego czasu jechałem na pierwsze święta z jeszywetu, idąc koło wozu. Miał on tym razem o wiele lepsze konie, toteż nie potrzebowaliśmy iść pieszo. Jazda była wolna i pozwalała na swobodne kiwanie się.
Między jadącymi było kilka osób znajomych, które z politowaniem patrzyły na mnie jako na sierotę, a nawet wśród kobiet znalazły się takie, które poczęły wychwalać zalety mej matki. Zewsząd padały pytania, tak, że nie wiedziałem, na które wpierw mam odpowiedzieć.
Między nami jechał też aptekarz z miasteczka, Polak. Zainteresował się mną, a gdy go poinformowano, że kształcę się na rabina, zadał mi klika pytań: „Za którego króla do Polski przybyli Żydzi? Jak nazywa się ta część świata, gdzie leży Palestyna?” I wiele innych. Niestety, na żadne z tych pytań nie potrafiłem odpowiedzieć.
Po tym egzaminie zaczął się śmiać, a gdy mu na jego pytanie, ile mam lat, odpowiedziałem, że siedemnaście, wówczas wybuchnął śmiechem tak głośnym, że wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem. Widząc moją smutną minę, zagadnął mnie: „Co w ogóle was tam uczą w jeszywecie?” A gdym zawstydzony i na to pytanie nie miał odpowiedzi, przyszedł mi z pomocą jeden sklepikarz J. i wytłumaczył mu, że uczą tam o Jehowie i rzeczach poważnych, dlatego nie potrafię odpowiedzieć na te pytania. Aptekarz śmiał się jeszcze bardziej, obrażony tym J. rozpoczął wówczas dyskusję na temat nauki świeckiej. W tej bowiem J. uchodził w naszym miasteczku za mędrca. Przy każdej sposobności zwykł był popisywać się swą uczonością, a nawet, jak sam twierdził, napisał pewnego razu prośbę do samego policmajstra, z czego był dumny. Dyskusja przybierała coraz gwałtowniejsze formy, tak że dochodziło do kłótni. J. wreszcie nazwał aptekarza antysemitą, na co znów ten odparł, że wobec takiego rozumowania jest głupszy niż konie ciągnące wóz.
Co do mnie, to muszę przyznać, że pomimo mej kompromitacji, jaka mnie spotkała z powodu jego egzaminu, odczuwałem, że on ma rację i jeżeli nawet krytykuje system nauki w jeszywetach, to nie przez antysemityzm, lecz ze względu na niepraktyczny system.
Cały czas dyskusji siedziałem cicho, nie wtrącając się do niej, przygnębiony myślałem o domu i o tym, co mnie w nim czeka.
Była już północ, w miasteczku panowała cisza, gdyśmy stanęli na środku rynku. Wychodząc z budy, aptekarz podał mi rękę, mówiąc: „Idziemy razem, gdyż mieszkam obok was”. Po drodze pocieszał mnie, że to nie moja wina, radził przy tym, bym na przyszłość starał się pogłębić wiedzę w tym kierunku, z tą zachętą pożegnał mnie.
Gdym wszedł w podwórze i spojrzał w okna mieszkania rodziców, załkało we mnie serce z żalu za matką. W myślach pragnąłem rozwiązać zagadkę, co za kobieta mi ją zastępuje i jaką też dla sierot będzie opiekunką — matką. Modliłem się w duchu, by Bóg natchnął ją dobrym dla nas uczuciem.
Podczas tego rozmyślania wspomniałem o przestrodze matki, jakiej mi udzieliła z racji mego ostatniego pożegnania. Słowa jej: „Pamiętaj, żebyś był człowiekiem” paliły mnie, bo czułem, że nie idę tą drogą, ale wkraczam na przeciwną. Chwilę potem zapukałem w okno kuchni. Otworzyła mi drzwi dawna służąca, ściskając mnie, rozpłakała się. Za jej przykładem zaszlochałem na głos.