W chwilach takich wracałem do jeszywetu, błagając Boga, by dał mi siły do walki ze złem. Odprawiałem pokutę, zagłębiając się w Talmud nawet po nocach. Wierzyłem w tę przestrogę, którą Talmud przytacza w słowach: „Gdy cię spotka szatan, to zaciągnij go do domu modlitwy, a nawet wtedy, gdyby on był tak twardy jak kamień lub żelazo, to go skruszysz”. Więc i ja szukałem ratunku, wysilając siłę woli, by usiedzieć nad Talmudem. Ta walka nigdy nie trwała ponad dwa lub trzy dni, po niej jakby mnie coś gnało, pędziłem do domu z czerwoną latarnią...

Wtedy ona czyniła wymówki, dlaczego o niej zapomniałem. Starałem się na nowo wmówić jej, że idzie drogą prowadzącą do gehenny i dlatego prosiłem ją, by zawróciła z drogi zła. Gdy jej tak perswadowałem, słuchała mnie pilnie, nie przerywając, lecz gdym skończył, wybuchała niepohamowanym śmiechem.

Po takich rozmowach powstał we mnie pewien wstręt do murów jeszywetu, chodziłem jak lunatyk. Koledzy zaczęli stronić ode mnie, spostrzegając we mnie dziwną zmianę.

Po pewnym czasie mego zaniedbywania w nauce zostałem zawezwany przed dyrektora jeszywetu. Po dwóch godzinach strofowania mnie i badania, co powoduje mój upadek, zapowiedział mi, że o ile się nie poprawię, to stanowczo mnie usunie z jeszywetu, o czym doniesie memu ojcu. Płacząc, obiecywałem swą poprawę, jednak nie przyznałem się do tego, co powoduje moje opuszczenie się w nauce. Byłem już o tyle mądrzejszy, że zamiast się przyznać jak w Ł., przeciwnie, starałem się wykręcić kłamstwem, co mi się też udało. Co prawda, ten rosajszywe był mniej uzdolnionym badaczem duszy ludzkiej, dlatego udało mi się to kłamstwo.

Zbliżała się wiosna. Piękno natury podziałało na mnie dodatnio. Zacząłem szczerze pracować nad swą poprawą, wróciłem do nauki i gorliwie studiowałem Talmud. Zrozumiałem teraz bezpodstawność mego zamiaru nawrócenia opiekunki. Przestałem do niej chodzić, żywiłem się z „kotła”, przy czym otrzymywałem stałą zapomogę jeszywetu po 20 kopiejek tygodniowo.

By wytrwać i nie ulec znów pokusie, postanowiłem opuścić to miasto i na święta udać się do domu z zamiarem niewracania tutaj nigdy.

Pragnąłem jechać do domu, by dowiedzieć się, co wpłynęło na to, że od śmierci matki nikt nie pisał do mnie, ani też nie interesował się mym życiem. Takie postępowanie ojca bolało mnie bardzo. Pragnąłem więc uchylić rąbek tej tajemnicy i uzyskać z powrotem przychylność ojca.

Na kilka dni przed świętami Paschy wybrałem się więc w podróż koleją w rodzinne strony. Niestety, nie mając odpowiednich funduszów, musiałem zgodzić się zostać pasażerem z prawem jazdy pod ławką za zgodą pana konduktora, który za tę przyjemność pobierał 75 kopiejek; stanowiło to jedną czwartą ceny biletu.

Miejsce to było nader nieprzyjemne, duszność, smród i kurz dokuczały mi niezmiernie, jednak na opuszczenie tego miejsca brak mi było odwagi, trzymałem się więc ściśle słów konduktora, że da mi znać, kiedy będę mógł wyjść ze swego ukrycia. Po kilku godzinach tej męczącej podróży zasnąłem. Wkrótce jednak obudzony zostałem mocnym szarpnięciem. Ktoś ciągnął mnie za nogi, złorzecząc zwyczajem rosyjskim. Był to pan kontroler, który się potknął tak silnie o moje nogi, że upadł.

Zaspany i przestraszony tym nagłym przebudzeniem i do tego okładany kułakami, ledwo zrozumiałem, o co chodzi. Ten sam konduktor, który pobrał ode mnie 75 kopiejek, trzymał mnie teraz mocno za kołnierz wykrzykując, bym pokazał bilet. Gdym zaczął się tłumaczyć, że pan konduktor wziął ode mnie pieniądze, wówczas szarpnął mną tak mocno, że nie byłem w stanie dalej nic mówić. Wreszcie oddano mnie w ręce żandarma. Ten przede wszystkim zapytał o dokumenty. Po wylegitymowaniu zostałem odesłany transportem do powiatu.