Bywało często, że gdy siedziałem u niej wieczorem, podczas rozmowy naszej odwoływano ją do drugiego pokoju, do którego nigdy nie chciałem zajrzeć. Rozumiałem, że tam dzieją się rzeczy niezgodne z Talmudem. Oddalając się, opiekunka prosiła mnie zawsze, bym na nią poczekał, lecz nie mogąc się jej nieraz doczekać, bez pożegnania wracałem do domu. Opuszczałem wtedy z żalem ten pokój. W wypadku zaś, gdy zaraz wracała, spostrzegłem, że zachodziła w niej jakaś zmiana, żal mi jej było i wówczas zwracałem się do niej z prośbą, by porzuciła to życie występne. Tłumaczyłem, jak wielki grzech ona popełnia przez takie życie. A także o mękach w piekle nieraz wspomniałem.
Uśmiechnęła się wtedy smutno, mówiąc:
— Dzieciaku cnotliwy, nie bądź głupi, nic złego mi się nie stanie! A gdy będziesz starszy, zrozumiesz wtedy, że życie zmusza nieraz do grzechu.
Po pewnym czasie, widząc, że jej nie nawrócę na drogę uczciwą, wróciłem do jeszywetu i postanowiłem, że już nigdy tam nie pójdę.
W tym czasie zmieniłem też stancję, gdyż nie miałem czym opłacać komornego. Musiałem korzystać z łaski pewnego stolarza, który uważał za stosowne przyjść mi z pomocą jako uczniowi jeszywetu.
Niestety, moje postanowienie całkowitego zerwania z opiekunką N. było słabe. Nie oparłem się długo pokusie i wróciłem do niej. Tak upływał dzień za dniem i miesiąc za miesiącem. Ona otoczyła mnie swą opieką i nie tylko karmiła, lecz widząc zniszczone moje ubranie i obuwie, kupiła nowe. Mając taką opiekę, nie odczuwałem biedy, przykro mi jednak było i miałem żal do ojca, że zupełnie o mnie zapomniał. Pocieszałem się jednak myślą, że może to jest chwilowa próba, czy potrafię sobie dać radę w biedzie i wytrwać w nauce. Myślałem, że potem obdarzy mnie nadal swą opieką.
XIX
W takich warunkach powitałem rok 1913. Zima tego roku dała mi się dobrze we znaki. Mając dwie lekcje po 1 rublu 50 kopiejek za naukę pisania po żydowsku i hebrajsku, starczało mi to na drobne wydatki.
„Dnie”, które były nadal skromne, porzuciłem i po większej części jadałem u swej opiekunki. To nadużywanie jej dobroci usprawiedliwiał fakt, że zacząłem jej udzielać nauki pisania. Cieszyło mnie niezmiernie to, że robiła w nauce nadzwyczaj szybkie postępy, ale dziś, gdy o tym myślę, jestem przekonany, że ona umiała pisać, był to z jej strony wybieg, by mogła mi wydatniej pomóc materialnie.
Czułem nieraz, że ta opieka jest nieodpowiednia dla mnie, że idę złą drogą, dochodziło nieraz do tego, że po całych dniach nie zaglądałem do jeszywetu, za co grożono mi wydaleniem. Co gorsze, bywało, że nieraz nawet „Kadysz” (modlitwę za umarłych) zaniedbywałem, a przecież obowiązkiem mym było cały rok za matkę tę modlitwę odmawiać. Toteż miałem nieraz gorzkie wyrzuty sumienia.