Wówczas nie miałem jeszcze pojęcia o tym, że na tej ulicy istnieje cały szereg czerwonych domków, w których w dzień okiennice są zamknięte, a wieczorem przed każdym z nich pali się czerwona latarnia.
Bo i skąd ja, słuchacz jeszywetu, mogłem o tym wiedzieć? Nie miałem też wyobrażenia o orgiach, jakie się odbywały w pokoju, w którym jadłem.
Żal mi było pozbyć się tego dobrego „dnia”, ale świadomość, że ta kobieta może mi nawet podawać jedzenie trefne, odstręczała mnie. Po przyjściu do jeszywetu pragnąłem zapomnieć o tym przykrym zajściu, zabrałem się gorliwie do nauki, postanowiłem zrezygnować z tego „dnia”.
Niestety, przed moimi oczyma cały czas stał ten widok, jaki zastałem przy wejściu... Rozmyślając o tym, nasuwały mi się wspomnienia z czasów mojego pobytu na pierwszej stancji i chwile spędzone w objęciach gospodyni. Wszystkie te wspomnienia pragnąłem zagłuszyć głośnym studiowaniem Talmudu. Daremnie! — chorobliwa wyobraźnia nie pozwalała mi o tym zapomnieć.
W takim stanie walki wewnętrznej oczekiwałem pory obiadowej. Starałem się w siebie wmówić, że przecież tam iść nie mogę. Nie wolno mi! Z tym rozsądkiem walczył żołądek. On też i zwyciężył. W oznaczonym czasie poszedłem na obiad, przy którym obsługiwała mnie ona, jak zawsze, a nawet czulej.
Pewnego czwartku przy obiedzie zaczęła się interesować moimi stosunkami rodzinnymi. Opowiadałem jej wszystko, rozczulałem się przy tym nad stratą matki, którą tak kochałem. Ona też zwierzyła się przede mną ze swego położenia, narzekając na ludzi, którzy wciągnęli ją w to bagno niemoralności.
Po tym zwierzeniu się kazała mi co dzień przychodzić, prosiła mnie, bym jej opowiedział swe kłopoty, a ona postara się mną zaopiekować jak matka. Zawahałem się nad tą propozycją, gdyż od śmierci matki, którą tak kochałem, stałem się naprawdę pobożnym i gorliwym uczniem jeszywetu. Byłem przekonany, że tym przyczynię się do uszczęśliwienia matki w raju. Wierzyłem święcie w to, codziennie odmawiałem za jej duszę odpowiednie modlitwy.
Propozycja ta, nad wyraz nęcąca, wszakże zwyciężyła, od dnia tego stałem się jej wychowankiem. Dłużej też przesiadywałem u niej i jakoś nie spieszyło mi się do jeszywetu. Tego nagłego przywiązania z mojej strony nie mogłem sobie wytłumaczyć. To nowe życie spowodowało, że zacząłem zaniedbywać naukę, lecz strzegłem się z tym przed mym kuzynem, który miał baczne oko na mnie.
Przypadek jednak zrządził, że wkrótce pozbyłem się tego opiekuna. Został on nagle wezwany do domu z powodu choroby ojca, co zdaje się było tylko wykrętem, a prawdziwa przyczyna leżała w tym, że dowiedzieli się o jego miłostkach, więc postanowiono go ożenić z odpowiednią panną i do tego z dużym posagiem.
Po jego wyjeździe, nie mając nikogo, kto by miał baczne oko na moje postępy, zaniedbałem się zupełnie w nauce, a czas wolny spędzałem na pogawędkach u mojej opiekunki. Coś nieokreślonego przykuwało mnie do niej, nie zdawałem sobie sprawy, do czego może doprowadzić to jakby współżycie.