Smutno mi teraz płynęły dni. Wreszcie nadeszła zima. Śmierć matki odczuwałem aż zanadto — z domu coraz mniej listów, pieniądze też jakoś nie nadchodziły. Dziesięć rubli pamiątkowych już dawno wydałem. Pisałem do domu raz i drugi, jednak nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Wszystko to świadczyło, jakby ktoś miał przyjechać do mnie. W tym mniemaniu oczekiwałem każdego wieczora przybycia pociągu, łudząc się nadzieją, że może kogoś z rodziny ujrzę — daremnie.
Pewnego jednak wieczoru spotkałem znajomego handlarza, Polaka pana S., który nieraz był gościem ojca. Ucieszyłem się też z tego spotkania niezmiernie. Opowiedziałem mu przy tej okazji o swym położeniu. Zostawił mi dziesięć rubli, obiecał, że gdy tylko wróci do domu, załatwi moje prośby. Zdziwiło mnie, że on nic nie wiedział o śmierci mojej matki. Sądziłem, że o tym powinien wiedzieć cały świat.
Nareszcie otrzymałem piętnaście rubli od ojca z zastrzeżeniem, że teraz ma inne kłopoty na głowie i dlatego powinienem sam sobie radzić bez jego pomocy, starając się o „dnie”, gdyż dalej na własnym stołowaniu nie będzie mógł mnie utrzymać. Dodał przy tym, bym w ogóle jak najmniej żądał od niego pomocy.
Popłakałem się przy czytaniu tego listu, ale cóż, trudno, postanowiłem się postarać o „dnie” i w tym celu udałem się na kraniec miasta, wiedząc, że tam najprędzej można je uzyskać, albowiem każdy „jeszywetanin” starał się o „dnie” jak najbliżej jeszywetu.
Po wielkich trudach i upokorzeniach otrzymałem na jednej z ulic przedmieścia poniedziałek, wtorek, środę i jeden dzień płatny w wysokości dziesięciu kopiejek, na drugiej zaś ulicy czwartek.
Pierwszy mój dzień wypadł w czwartek. Gdym przybył, gospodyni sama mnie obsługiwała przy stole. Kobieta ta była już nie pierwszej młodości, zachęcała mnie do jedzenia, a widząc, że się nią krępuję, wyszła do drugiego pokoju, skąd dolatywały mnie stłumione śmiechy. Jedząc, podziwiałem ten obficie zastawiony stół, cieszyłem się z tak dobrego miejsca. Po spożyciu obiadu, gdym odmawiał modlitwy, gospodyni weszła ponownie do pokoju, obserwowała mnie chwilę, a przy wychodzeniu podała mi w papierze drugie śniadanie, prosząc, bym przyjął. Obiad wyznaczyła mi na godzinę piątą punktualnie, do czego się ściśle stosowałem. Po spożyciu obiadu otrzymałem piętnaście kopiejek na kolację, a to dlatego, bym nie potrzebował wieczorem iść taki szmat drogi i błądzić po bezludnym przedmieściu.
Z „dnia” tego byłem niezmiernie zadowolony. Do najgłodniejszych dni w tygodniu zaliczałem wtorki, a tym „hojnym karmicielem” był zamożny właściciel oliwiarni. Bywało, że obiad dano na pięknych talerzach ze srebrną łyżką, na której widniał monogram G. S., lecz pokarm na tych talerzach był w znikomych porcjach. Podawano też chleb w bochenku, nęcący niezmiernie swym zapachem, niestety, zwykle zapominano podać noża, a przez grzeczność, która była niczym innym jak naigrawaniem się ze mnie, pytano, dlaczego chleba sobie nie ukroję. Wstydząc się poprosić o nóż, odchodziłem od stołu zwykle głodny.
Po pewnym czasie zmądrzałem. Kupiłem za trzy kopiejki nóż (cyganek) i tym już kroiłem sobie chleb. Wówczas mój karmiciel chwycił się innego sposobu: przestał mianowicie podawać chleb w bochenku, kładł teraz na talerz jeden lub dwa kawałki, a czasem były to nawet odpadki. Nadal więc wychodziłem głodny. Nic więc dziwnego, że na dzień czwartkowy czekałem jak na zbawienie, uzupełniałem wtedy braki w swoim organizmie z całego tygodnia. Toteż mimo oddalonego miejsca szedłem tam zawsze z ochotą.
Tak upłynęło kilka czwartków, aż pewnego dnia przyszedłem trochę wcześniej na śniadanie niż zwykle. Przestępując próg jadalnego pokoju, ujrzałem na środku stojące łóżko, a w nim moją gospodynię, obok której leżał jakiś rosły mężczyzna. Znalazłszy się w tak przykrej sytuacji, stanąłem zawstydzony, nie wiedząc, co robić ze sobą, dopiero po pewnej chwili cofnąłem się, by jak najprędzej opuścić ten dom. Widząc to, gospodyni prosiła mnie, bym się zatrzymał w kuchni, aż się ubierze, co też uczyniłem.
W chwilę później spożywałem śniadanie obsługiwany znów przez swą karmicielkę, ubraną w różowy szlafrok. Z jej zachowania się widziałem, że się mnie krępuje. Podczas śniadania mężczyzna ów, którym był rosyjski oficer, kpił sobie z niej, nie krępując się moją obecnością. Przymknąwszy oczy, by nie patrzeć na to zgorszenie, starałem się jak najprędzej spożyć podany mi posiłek i postanowiłem w duchu, że już nigdy tu nie wrócę. Po śniadaniu, nie odmówiwszy nawet modlitwy, wyszedłem. Za mną wyszła też gospodyni i gorąco mnie przepraszała. Nie odpowiadając nic, oddaliłem się szybko od tego domu. Do tej chwili nigdy nie uwierzyłbym, że ta dobra i szlachetna karmicielka jest zarazem właścicielką domu rozpusty, a do tego sama się oddaje, gdy przyjdzie kto z lepszych gości.