Po wstępnej znajomości zaproszono mnie do stołu i częstowano herbatą z konfiturami. Właściciel w toku rozmowy delikatnie wypytywał mnie, skąd pochodzę, pytał o stosunki rodzinne, a wreszcie poruszył sprawę mojego wykształcenia. Moje odpowiedzi wypadły jak najlepiej, gdyż egzaminator, widziałem, był zadowolony i zaraz też przeszedł do omówienia warunków. Co do mnie, pomyślny wynik przewidziałem już na wstępie rozmowy, albowiem zauważyłem, że o wiele mocniejszy jestem w nauce od swego egzaminatora, gwarancją na to były te głośne zachwyty obecnych, wyrażone po każdej mojej trafnej odpowiedzi. Ocena mego wyglądu zewnętrznego, jak widziałem, niemniej wypadła dla mnie korzystnie, dowodem czego były częste, dyskretnie rzucane w moją stronę spojrzenia córki właściciela willi.

Umowa stanęła na tym, że do świąt Nowego Roku miałem otrzymać 50 rubli wynagrodzenia, przez cały zaś ten czas utrzymanie i mieszkanie kolejno, najpierw u pana B., potem i u niego.

Od tego dnia musiałem poświęcić kilka godzin dziennie na nauczanie czterech uczniów pięciorga ksiąg Mojżesza i Proroków oraz pisania po żydowsku i hebrajsku.

Gdy ujrzałem moich uczniów, prawie że się zląkłem. Jeden, chociaż miał tylko piętnaście lat, wyglądał na wiele starszego, był przy tym wyższy ode mnie. Drugi wprawdzie był trochę niższy, ale za to silnej budowy, wyglądał na atletę. Jeżeli zaś przyjąć pod uwagę to, że obaj byli wygimnastykowani pod kierownictwem studenta, który im wykładał świeckie54, więc uzasadnionym będzie, gdy spostrzegając taki stan rzeczy, w duchu wówczas pomyślałem sobie, że z takimi uczniami trzeba być ostrożnym, gdyż przy lada okazji mogą mi sprawić lanie.

Jak przyszłość wszakże wykazała, obawy moje były płonne, gdyż moi uczniowie w czasie lekcji zachowywali się wzorowo i bynajmniej żadnych złych zamiarów względem mnie nie okazywali, na odwrót, nawet po lekcjach zaszczycali mnie swoją przyjaźnią i uważali za godnego towarzysza swych zabaw, z rzadka się tylko śmiejąc z mojej niezgrabności, gdy na przykład trzeba było dosiąść konia lub gdy nieodpowiednio kierowałem łódką. Poza tym jednak dopisywałem im wszędzie, a więc bądź to w harcach na polach lub na łowieniu ryb, czy to zbieraniu jagód w lesie. Życie w tym uroczym zakątku Kowieńszczyzny płynęło mi bez troski i przyjemnie.

Wspominając o czterech uczniach, wyszczególniłem tylko dwóch, a więc muszę dodać, że dwóch innych było dziećmi niemniej zamożnego sąsiada pana B. O nich wszakże nic szczególnego powiedzieć nie mogę, gdyż byli to młodzieńcy nieodznaczający się niczym osobliwym. Wspomnieć za to muszę o ich mamie. Otóż była to osóbka ciężkiej wagi, ważyła bowiem ni mniej ni więcej, tylko 112 kg. Była matką pięciorga dzieci, czterech synów i jednej córki. Nie przeszkadzało to jednak wcale, by pani B. uważała siebie za wcale jeszcze powabną osóbkę. Kłopot jej tylko sprawiała stale przybierająca tusza.

Pewnego nawet razu, uważając mnie już zupełnie za domownika i sądząc zapewne, iż o tych mądrościach wyczytałem w Talmudzie, zapytała, co ma czynić, ażeby pozbyć się otyłości. Daleki będąc od medycyny, nie mogłem, rzecz zrozumiała, zdobyć się na żadną praktyczną radę.

Widząc moje zakłopotanie, zaproponowała, ażebym sprawdził osobiście rozmiary jej otyłości i podniósł ją. Gdy zawstydzony tą nagłą propozycją, nie ruszyłem się z miejsca, wówczas szarpnęła mnie za ramię, zmuszając, bym zadość uczynił jej prośbie. Na szczęście z tej kłopotliwej sytuacji wybawiła mnie córka, która akurat niespodziewanie weszła do pokoju.

Od tego czasu starałem się, by nigdy już nie zostać z nią sam na sam. Możliwe, że nic mi złego z jej strony nie groziło. Jednak nie dochodząc rzeczywistych jej zamiarów, za przyjemniejsze uważałem obcowanie z jej córką.

Córka było to siedemnastoletnie, śliczne dziewczę, wychowane wśród piękna przyrody, jak barwny polny kwiatek mamiący swymi wdziękami byle owada. W tym wypadku też coś podobnego zachodziło. Wyjątkowo tylko który chłopiec we wsi nie był w tej dziewczynie zakochany.