Najbardziej zaś rzucało się to w oczy w stosunku do najstarszego syna państwa L. Ten chłopiec w pięknej Sarze zakochany był wprost, jak to mówią, na zabój. Matka jak mogła, tak strzegła swego skarbu, ale ponieważ była osobą, jak wiemy, z powodu otyłości mało ruchliwą, więc nie zawsze mogła córkę upilnować. Łatwo jej to przychodziło tylko wtedy, gdy córka wbiegła do mojego pokoju na pogawędkę. Rychło to spostrzegała i zaraz ją odwoływała. Zresztą obawa matki co do córki zupełnie była nieuzasadniona. Dziewczyna wprawdzie flirtowała prawie z każdym, jednak dalej od tego nic nie zaszło. Miłość głębsza nie zarzucała na nią jeszcze swoich sieci. Jej śpiew zaś roznosił się wokoło, raniąc serca chłopców, żenując czasem starszych, gdy na przykład wyśpiewywała naiwnie zwrotki popularnej rosyjskiej piosenki: „Na czto mnie żenitcja, kogda nocz mała55 itd.

Co się tyczy syna państwa L., to rodzice na romans ten zapatrywali się nieprzychylnie i nie przydawali takowemu większej wagi i znaczenia, albowiem dalecy byli od tego, by dopuścić do związku małżeńskiego z córką pani B., solidnej co do tuszy, mniej wszakże podobno solidnej w innym kierunku. Oto pod wielkim sekretem dowiedziałem się, że wokół krążą plotki, jakoby ojcem pięknej córki nie był Żyd...

Z powodu mojej zażyłości z uczniami miałem niejedną przykrą chwilę ze strony najmniej spodziewanej. Oto w tejże wsi żył na stałe osiadły i ożeniony z miejscową dziewczyną mężczyzna lat trzydziestu, dość przystojny, który praktykował w zawodzie nauczyciela. Zorganizował on tu sobie szkołę, coś na kształt chederu, w którym grupował dwadzieścioro dzieci rodziców mniej zamożnych i wykładał im nauki początkowe. W jego to osobie spotkałem ostrego krytyka swoich postępków. Po bliższej znajomości, gdy się przekonał, że w niczym mu nie ustępuję w wiedzy, a nawet obszerniej od niego dużo rzeczy wiem, zaczął z innej beczki. Przy każdym spotkaniu wymawiał mi, że nieodpowiednio się prowadzę, że nie powinienem brać udziału w zabawach moich uczniów, że w ogóle moje zachowanie kompromituje powagę nauczyciela itd. Do pewnego czasu słuchałem cierpliwie tych wywodów, nic sobie z tego nie robiąc, gdy zaś ponawiały się one coraz częściej i ostrzej, wówczas dałem mu taką odprawę, że w pierwszej chwili skoczył nawet do bicia, widząc wszakże mój spokój i gotowość odparcia ataku, opanował się i oddalił.

Od tego czasu zaprzestał osobliwych napadów, za to przy lada sposobności oczerniał mnie przed innymi i rozpowszechniał wprost niewiarygodne plotki.

Cierpiałem z tego powodu bardzo, lecz tłumiąc w sobie gniew, znosiłem i nie reagowałem zupełnie.

Nadszedł lipiec. Przeszedłem na utrzymanie do bogatego pana L. Do tego czasu rzadko tam bywałem.

Związane to zwykle bywało z przyjazdem pana L., który mając rozległe interesy, więcej przebywał poza domem. Przy szklance herbaty, mając mnie przed sobą, pan L. lubił zazwyczaj pofilozofować i popisać się swoją uczonością. Znajdował we mnie cierpliwego słuchacza. W niczym mu nie przeczyłem. Lubił mnie za to. Przed żoną miał ponoć oświadczyć, że jestem rozsądny chłopak.

Zdarzało się też, że czytałem po hebrajsku i tłumaczyłem po żydowsku. Słuchano mnie z ciekawością. Wśród moich słuchaczy znajdowała się również córka gospodarza. Najwięcej mnie ona intrygowała, gdyż ani razu nie zaszczyciła mnie rozmową, a nawet zapytaniem. Czekała zapewne, ażebym pierwszy to uczynił. Nie miałem wszakże do tej pory takiej sposobności, gdyż zawsze stroniła od towarzystwa i nigdy nie przyjmowała udziału w naszych zabawach i wycieczkach.

Teraz więc, gdy przyszedłem do tego domu, sytuacja gruntownie się zmieniła, sposobność taka lada moment mogła się nadarzyć. Widziałem, że z mojego przybycia jest zadowolona.

Moi chlebodawcy, państwo L., byli ludźmi bardzo dobrymi, a do tego zamożnymi. On był właścicielem majątku ziemskiego oraz kupcem leśnym. Dzięki jego ruchliwości cała ogromna wieś miała dość spore poboczne dochody w prowadzonym przez niego przemyśle drzewnym.