Umieszczono mnie w pięknym, jasnym pokoju. W nim odrabiałem lekcje z moimi uczniami. Oprócz tego pracowałem tutaj parę godzin dziennie nad uporządkowaniem obszernej, zaniedbanej biblioteki, składającej się z wszelkiego rodzaju dzieł w języku hebrajskim, nie wyłączając też innych. Lubiłem to zajęcie, gdyż oglądając wszystkie książki, spostrzegłem wśród nich sporo naukowych, a także z beletrystyki. Zainteresowałem się zwłaszcza tymi ostatnimi, albowiem wprowadzały mnie w zupełnie obcą krainę i rozszerzały znacznie horyzont mojego dotychczasowego myślenia.
Do tego czasu, pozostając w rygorze chederów i jeszywetów, prawie że nie miałem sposobności mieć w rękach jakiej bądź książki poza religijną. Powiedziałem: „prawie”, był bowiem wyjątek, opisać go tu muszę: po pierwsze dlatego, że jest charakterystyczny ze względu na poznanie stosunków jeszyweckich, po wtóre pamiętam jeszcze o karze, jaka mnie wówczas za czytanie „nielegalnej” książki spotkała.
Syn fabrykanta, ten właśnie, który szukał zwolenników do golenia, przyniósł do jeszywetu książkę pod tytułem Don Kichot w żydowskim przekładzie. Rzecz naturalna, ten owoc zakazany był przez wtajemniczonych czytany z ogromnym zainteresowaniem i to w trakcie odbywających się talmudycznych wykładów. Talmud dość był obszerny, by w jego objęciach zmieścił się mały stosunkowo Don Kichot i ukrył go przed niedyskretnymi oczyma. Zresztą, gdy ktoś z obcych zanadto się zbliżał, wówczas współprzestępca kaszlaniem przestrzegał o niebezpieczeństwie i już zaczynało się śpiewnym głosem wymawiać cytaty z przewróconej rychło stronicy Talmudu. Raz jednak fortel się nie udał i sam rosajszywe złowił mnie na gorącym uczynku. W wyniku [tego] nieszczęsny Don Kichot powędrował wprost do pieca. Egzekucja odbyła się na poczekaniu w naszych oczach. Ja zaś za karę musiałem w nocy nie spać, tylko się uczyć i rękę dać „tkias-kaf”, że nigdy podobnych książek nie wezmę do rąk.
Teraz więc, gdy mi nikt tego nie bronił, wchłaniałem w siebie co dzień treść którejkolwiek z tych książek, poświęcając na to większą część nocy. Dziwna rzecz, najwięcej interesowały mnie książki o treści kryminalnej, toteż tych najwięcej czytałem.
XXII
Tak upłynęło parę tygodni. W domu tym czułem się więcej skrępowany niż w domu B. Panowała tu sztuczna powaga, jaką zwykle daje się zauważyć u dorobkiewiczów, małpujących arystokrację. Złośliwi szeptali sobie na ucho, że pan L. przed laty pracował u ludzi i że przez jakąś nieczystą spekulację doszedł do posiadania majątku pewnego szlachcica.
Piękna córka Sonia, osiemnastoletnia blondynka, jak przystało na latorośl dziedziców dużego majątku, nosiła się pysznie i chodziła sztywno, jakby „kij połknęła”.
W domu rozmawiała tylko po rosyjsku lub po francusku, tak przynajmniej domyślałem się, gdyż języka francuskiego wówczas jeszcze nie słyszałem. Jednak muszę przyznać, że duma i powaga, jakimi się przyoblekła, „pasowały” do jej osoby. Była jakby urodzona na wielką panią. Nikt by na pierwszy rzut oka nie powiedział, że jest semickiego pochodzenia. Wybitnej urody, jaką się odznaczała, nie powstydziłaby się niejedna księżniczka.
Przy stole zawsze siedziałem w pobliżu niej. Obserwowała mnie nieraz swymi dużymi, czarnymi jak węgiel oczyma, przed siłą ich spojrzenia musiałem zawsze rumienić się. Często też z tego powodu odchodziłem od suto zastawionego stołu głodny, gdyż sądziłem, że nie dość taktownie zachowuję się przy stole i że ona to zauważa.
Jak się spodziewałem, okazja do rozmowy z Sonią rychło się nadarzyła. Przychodziła bowiem często do pokoju, w którym uczyłem się, by korzystać z biblioteki tam się znajdującej. Pamiętam, gdy po raz pierwszy do mnie przemawiała, zapytując się o jakąś książkę, czułem się jak wniebowzięty. Później to zadowolenie miałem coraz częściej. Razu pewnego nawet zaprosiła mnie do swego pokoju, chcąc zapewne pokazać przepych, z jakim był urządzony. Poszedłem za nią nieśmiało i faktycznie zostałem olśniony tym, co zobaczyłem. Pełno tam było drogich dywanów, haftowanych poduszek i innych fatałaszków, nazwać ich nie potrafiłbym. Pośpieszyła Sonia objaśniać mnie, iż pokój jest urządzony w stylu wschodnim. Widząc zaś mój zachwyt, zapragnęła jeszcze bardziej zadowolić swą próżność, zaprosiła mnie więc, bym usiadł na jednej z poduszek.