Nie śmiąc odmówić, spełniłem jej życzenie i usiadłem „po turecku”. Śmiała się. Zaczęła żartować i nagabywać mnie dwuznacznikami. Jako nauczyciel religii udawałem, że nic z tego nie rozumiem, przeto milczałem.
Za chwilę wszedł student. Posypały się tłuste dowcipy jeszcze gęściej. Część z nich była skierowana pod moim adresem, które, chociaż częścią56 po francusku były wypowiadane, zrozumiałem z dość dużo mówiących gestów i mimiki.
Zdziwiony i zażenowany tym, co widziałem, siedziałem na tureckiej poduszce, nie śmiąc się ruszyć z miejsca. Jeszcze raz mogłem się przekonać, że pozory często mylą. Powaga i duma Soni były tylko udane.
Od tego dnia często już miałem możność rozmowy z obiektem mojej sympatii. Jeszcze bardziej zainteresowała się mną Sonia po wypadku, jaki się zdarzył wkrótce potem.
Obiad. Siedzimy wszyscy przy stole, wtem sługa wprowadza podróżnego. Spojrzałem w stronę przybyłego i... oniemiałem. Poznałem w nim leśnego kupca z naszego miasteczka, częstego bywalca i przyjaciela naszego domu. Zaraz też wzrok jego spoczął na mnie. Stał chwilę, niemniej ode mnie zdziwiony, a potem jak nie krzyknie:
— A ty co tu robisz?
„Nu — myślę — zginąłem!” Czułem, jak blednę i ciarki po mnie przechodzą. Przybyły zbliżył się i podał na przywitanie rękę. Uścisnąłem ją, nie pozbywając się wszakże jeszcze strachu.
Wszyscy ze zdziwieniem, w milczeniu obserwowali tę scenę. Nareszcie gospodarz go zagadnął:
— Skąd pan zna naszego nauczyciela?
— Jak to? — odparł zagadnięty. — Ja bym Szmula syna nie znał?