I tu zamiast zdemaskowania mnie, jakiego oczekiwałem, wyniósł mnie, jak to mówią, pod niebiosa, rozgadał się o moim pochodzeniu, o zamożności ojca, wspomniał nawet, że jako dziecko na rękach mnie nosił, jednym słowem z jak najlepszej strony przedstawił moją osobę słuchającym.
W trakcie tego opowiadania spojrzałem na Sonię. Spotkałem, jak mi się zdawało, jej wzrok taki serdeczny, ciepły i szczery, że aż mi serce zamarło z błogości uczucia...
Gdy minęło pierwsze wrażenie z tak nieoczekiwanego spotkania, skorzystałem ze sposobności, by rozmówić się z kupcem na osobności. Prosiłem go nade wszystko, by zamilczał o mojej ucieczce i okradzeniu ojca. Obiecał to, jednakże strofował za ucieczkę i za to, że do tego czasu nic nie napisałem ojcu. Opowiedział przy tym, że ojciec bardzo się martwi, lecz zapewne mi przebaczy, jeżeli go o to poproszę. W przeciągu paru dni, które tu spędził, potrafił mnie przekonać o konieczności napisania do ojca listu. Przyrzekłem, że to uczynię.
Wypadek ten spowodował, że wszyscy zaczęli na mnie inaczej patrzeć, uchodziłem bowiem dotychczas za sierotę niemającego rodziny. Co zaś najbardziej mnie uradowało, to widoczna przychylność, jaką zdradzała względem mnie Sonia.
Stosownie do danego przyrzeczenia zabrałem się do napisania ojcu listu. Włożyłem w pracę tę wszystkie swe zdolności pisarskie, jako też i tyle uczucia, że, zdawało się, kamienie by wzruszyć musiał, a cóż dopiero ojca. Dwa dni go potem nosiłem, nim zdecydowałem się wysłać. Czyż jestem w stanie opisać, z jaką niecierpliwością oczekiwałem odpowiedzi? Zapomniałem zupełnie, co mnie otacza, tylko o tym myślałem, jaka to będzie odpowiedź od ojca i czy w ogóle nadejdzie. Aż tu pewnego dnia, w tydzień potem przybiega do mnie rozpromieniona Sonia i wręcza list.
Drżącymi rękoma rozerwałem kopertę i cały zatopiłem się w czytaniu. Sonia przez ten czas usiadła obok i obserwowała mnie bacznie, chcąc z mojej twarzy wyczytać, jakie wrażenie wywrze na mnie treść listu. Wiadomość była dobra, więc podzieliłem się z nią.
Od tej chwili przyjaźń nasza z Sonią jeszcze bardziej się zacieśniła. Nie mówię już o tym, że i na jej rodzicach firmowa koperta wywarła dodatnie wrażenie, więc zyskałem na powadze.
Chodziłem już teraz często z Sonią na spacer. Przezywała mnie żartobliwie „rebe”. Przy stole nie krępowałem się już zupełnie i jadłem do sytości. W ogóle traktowano mnie w tym domu jako domownika. Nie od rzeczy będzie, gdy przytoczę tu następujący fakt.
Pewnego piątku zaszedłem do kuchni. Kucharka żartem poprosiła mnie, żebym poszedł do szopy po trochę drzewa, gdyż ona nie może odejść od garnków. Chętnie się zgodziłem. W szopie było ciemno. Gdy postąpiłem kilka kroków od drzwi, raptem poczułem, że tracę grunt pod nogami i wpadłem w dół...
Gdy odzyskałem przytomność, zobaczyłem, iż leżę już w moim pokoju, a wokół mnie stoją zgrupowani domownicy. Byłem mocno potłuczony. Okazało się, że otwór w lodowni nie był zasłonięty, a ja, nie zauważywszy tego z powodu gęstego zmierzchu w szopie, wpadłem na kupę lodu.