Wypadek sam w sobie był tragiczny. Później żartowano ze mnie z tego powodu jeszcze dość długo. Wtedy jednak, widząc mnie potłuczonego, otoczono troskliwą opieką i pielęgnowano. Kucharka płakała i prosiła o przebaczenie jej, twierdziła, że ona tu była przyczyną tego zdarzenia.
Choroba moja trwała kilka dni, oprócz potłuczenia przeziębiłem się, leżąc czas pewien na lodzie. Doglądano mnie jak własne dziecko, a najwięcej troskliwości okazała Sonia. Nie odstępowała mnie na krok. W domu nawet z tego powodu zaczęto z niej żartować, że jest zakochana w „rebem”. Najwięcej docinków pod naszym adresem rzucali bracia Soni.
Przyznać tu należy, że żartobliwe te uwagi były poniekąd słuszne. Od tego bowiem wypadku stosunki przyjaźni z Sonią stały się bardziej jeszcze zażyłe. Po moim wyzdrowieniu nie było dnia, byśmy nie udawali się we dwójkę na spacer, bądź to na łąki, bądź do lasu. Włóczęgi te przeciągały się nieraz do późnego wieczora. Trzymając się za ręce, często bez słowa jednego, bądź to brodziliśmy po wydeptanych przez letników ścieżkach, bądź odpoczywaliśmy na miękkiej, leśnej murawie, zasłuchani w szmer Niemna lub w tajemniczy szmer lasu, harmonizujący z naszymi uczuciami. Z rzadka tylko tę ciszę wieczorną przerywał ptak przebudzony lub echo głosu człowieka.
Czułem się szczęśliwy. Pokochałem Sonię gorącym uczuciem pierwszej, prawdziwej miłości.
Upłynęło parę tygodni. Częste nasze wycieczki zwróciły wreszcie uwagę domowników. Zabronili Soni sam na sam odbywać ze mną spacery. Mało to jednak zmieniło stan rzeczy. Po kryjomu w dalszym ciągu naznaczaliśmy sobie schadzki. Czyż mogło być inaczej? Nie mogłem się obejść bez tego, by tę dziewczynę przynajmniej kilka razy dziennie zobaczyć. We śnie i na jawie tylko o niej marzyłem. Szczęście moje tym bardziej się potęgowało, że pewny byłem wzajemności uczuć. Bardziej szczęśliwego człowieka nie wyobrażałem sobie pod słońcem.
A jednak przypadek zrządził, że złote sny rozwiały się jak mgła. Jak to było, opowiem.
Pewnego dnia nad wieczorem rozniosła się wieść po wsi, że zaginął jeden z letników. Chodziło tutaj o pewnego starca, właściciela jednego z banków w Kownie, który w rannych jeszcze godzinach udał się do lasu i do tej pory nie wrócił. Sądzono, że zabłądził. Postanowiono więc z całą wsią udać się na jego poszukiwania. Rzecz naturalna, że byłem jednym z pierwszych, należących do tej wyprawy. Sonia, jak czytelnik się zapewne domyśla, zaraz też znalazła się obok mnie.
Las napełnił się poszukującymi. Co chwila tu i ówdzie rozlegały się wołania: „uhu”, „uhu!” Echo podchwytywało te głosy i roznosiło je we wszystkich kierunkach, tworząc taki zgiełk, że zmarły by go usłyszał.
Zaginiony też, być może, słyszał ten rwetes, ale jakoś się nie odzywał... Zresztą nie będę długo tu o nim się rozpisywał. Poinformuję od razu czytelnika o jego losie. Otóż znaleziono go w lesie martwego, zmarł według orzeczenia lekarzy na udar serca. Miał przy sobie większą sumę pieniędzy. Tych jednak dusza ulatująca do Abrahama nie wzięła ze sobą, więc pozostały dla spadkobierców.
Wrócę tu wszakże do celu opowiadania. Z początku z Sonią wzięliśmy czynny udział w tych poszukiwaniach, nawet krzyczeliśmy na równi z innymi na całe gardło. Stopniowo jednak odłączyliśmy się od reszty towarzystwa i szliśmy po skraju lasu, brzegiem Niemna. Zaprzestaliśmy krzyku i zajęliśmy się sobą...