Było już zupełnie ciemno. Wrześniowy wieczór otulił las i rzekę czarownym urokiem. Krzyki dawno już nie dochodziły naszych uszu. Przytuleni do siebie szliśmy wciąż naprzód, wsłuchani w odwieczny szmer otaczającej nas przyrody i wdychaliśmy pełną piersią balsam ziół i żywicy.
Weszliśmy na mały pagórek, podobny do wyspy wśród morza zieleni. Przystanęła. Czuła się zmęczona. Zaproponowała odpoczynek. Usiedliśmy. Jeszcze bardziej przytuliła się do mnie. Od rzeki wiało chłodem i wilgocią. Okryta tylko lekkim szalem, drżała z zimna. Zdjąłem więc z siebie płaszcz i otuliłem nim moją towarzyszkę.
Mając swą wybrankę przy boku, słysząc nawet bicie jej serca, czułem się szczęśliwy bez granic i pragnąłem, by wieczór ten trwał wiecznie.
Z marzeń wytrąciła mnie jej prośba, bym opowiedział jej coś o sobie. Zacząłem więc opowiadać o rodzinie, o matce, o domu, o ojcu na razie zamilczałem, to bowiem wspomnienie zawsze mi przywodziło na pamięć mój brzydki występek z pieniędzmi. Jednak mnie zdziwiło, że Sonia słucha mnie lub rzuca to lub inne pytanie raczej dla przepędzenia czasu niż z zainteresowania.
Poczułem się nieswojo. Zmieszałem się i zamilkłem. Wtem, o zgrozo, własnym uszom nie dowierzając, usłyszałem takie oto pytanie:
— Powiedz mi, rebe — od dawna byliśmy bowiem na ty — czy spróbowałeś już ty kiedy kobietę?
Oniemiałem z przerażenia. Zdawało mi się, że las zwalił mi się na głowę.
Nie mogło się pomieścić w moim mózgu, by kochana moja Sonia mogła o coś podobnego zapytać. Absolutnie nie mogłem zrozumieć, do czego ona zdąża. Co do mnie, nigdy nie przyszło mi na myśl, bym miał skrzywdzić ubóstwianą dziewczynę... Pomimo iż gorzała we mnie ku niej miłość ogromnym płomieniem, zachowywałem się jak niewolnik wobec swej królewny...
— Powiedz!... Powiedz!... — nalegała, ściskając mi namiętnie rękę. — Nu, prędzej! Prędzej!... — powtarzała.
— N-i-e... n-i-g-d-y! — mimo woli wykrztusiłem z siebie drżącym od wzruszenia głosem.