Nie mogąc bliżej dojść, skąd te rzeczy i czyje, gdyż jak wspomniałem wyżej, płakałem cały czas, żandarm kazał mnie tymczasowo do wyjaśnienia sprawy zamknąć do „kozy”.
Gdy tylko drzwi za mną z trzaskiem się zamknęły, szlochając, upadłem na podłogę i zacząłem rwać sobie włosy na głowie i lamentować.
Przed oczyma moimi w całej grozie stanął obraz mojego położenia. Przypomniało mi się, jak to jeszcze stosunkowo niedawno byłem małym chłopakiem, oczkiem matki, stającej zawsze w mojej obronie, jak wtedy bez troski płynęło mi życie, wreszcie cheder... jeszywet... gdziem zawsze był wyróżniany jako dobry uczeń. A potem... potem... stanęła na mojej drodze kobieta... a więc Talmud ma słuszność, gdy mówi, że „wszystko zło pochodzi od kobiety”.
Cóż powiem im na swe usprawiedliwienie?!
Świt szary począł bielić już ściany, a ja leżałem jeszcze w swym bólu na brudnej podłodze karcu62 dalekiej stacyjki nadniemeńskiej...
„Co robić!... Co robić!” — powtarzałem wciąż i nie mogłem na niczym się zatrzymać, gdyż widziałem się winnym tego, co zaszło. Jakże żałowałem teraz swego lekkomyślnego czynu i jakże daleki byłem od tej zemsty, której w ową godzinę dałem się opętać.
Zmęczony wrażeniami, bliski omdlenia, zamknąłem oczy i pogrążyłem się w sen, niemniej przykry niż rzeczywistość. Potworne czupiradła o groźnych pazurach i olbrzymich szczękach z zawieszonymi orderami na kosmatych cielskach, zda się, gonią mnie z wyższych pięter ponurego gmachu do lochów ciemnych i każdej chwili, już, już rozszarpać mnie gotowe...
Budzę się zlany potem, zrywam się na równe nogi i w pierwszej chwili nie wiem, co jest ze mną.
Rychło jednak uświadamiam sobie, gdzie jestem. Brudem obrośnięte, sklecone z desek nary63, na których mnóstwo nożem wyciętych dat i napisów, pajęczyna w kątach, pluskwy rozgniecione na ścianach. Zacząłem teraz pomału rozmyślać nad położeniem i zastanawiać się, w jaki sposób się uratować...
Wzrok mój zatrzymał się na zakratowanym oknie. Wlazłem na nary i zacząłem oglądać i macać kraty. Przypomniały mi się teraz czytane opisy w książkach kryminalnych o ucieczkach złodziei przez zakratowane okno. Tu jednak o tym nie mogło być mowy. Pręty żelazne były zbyt grube, bym mógł je rozgiąć rękoma, nic z narzędzi nie miałem, ażeby przepiłować, a zresztą, gdybym przystąpił do tej operacji, na pewno usłyszano by mnie. Tu wpadło mi na myśl, by spróbować przesunąć się między kratami, pręty bowiem były rozstawione dość rzadko.