Był to klucznik więzienia. Obracał i wyginał mnie na wszystkie strony i nie upłynęło parę minut, jak zostałem dokładnie zrewidowany i popchnięty w stronę podejrzanego65 i obmacanego ubrania.
— Ubieraj się i marsz!...
Znalazłem się za drzwiami. Przeszedłem długi, ponury korytarz i stanąłem w centrali, skąd w formie krzyża rozchodziły się także ponure korytarze z licznymi obok siebie drzwiami..
— Dmoch! — zawołał mój przewodnik — Wazmi jewo66 pod numer 93.
Zaraz też pojawił się dozorca Dmoch i obrzuciwszy mnie badawczym spojrzeniem, kazał iść przed sobą na trzecie piętro.
Tam zatrzymaliśmy się przed jednymi drzwiami, a za chwilę, „fachowo” wepchnięty, znalazłem się już poza nimi w ponurej celi. Usłyszałem za sobą trzask drzwi i zgrzyt zamka. A potem nastąpiła niczym niezmącona cisza. A więc rozpocząłem inne, nieznane mi życie, życie w więzieniu...
W celi zimno było nie do wytrzymania. Przypadłem całym ciałem do ściany wilgotnego muru, słaniając się na nogach, z piersi urywało się spazmatyczne łkanie.
Jak długo to trwało, nie wiem. Pomału się uspokoiłem i zacząłem rozglądać się dokoła. Uświadomiłem sobie, w jakim strasznym znajduję się miejscu.
Zatopiłem się w rozmyślaniach nad swym losem. Strach śmiertelny mnie ogarnął. Ratunku już nie było. Biegałem z rozpaczy od ściany do ściany.
Gorzkie moje rozmyślania przerwał ruch jakiś za drzwiami. Przystanąłem w oczekiwaniu. Wtem klapa z małego okienka w drzwiach celi opadła z hałasem i stamtąd usłyszałem: „kipiatok!”67