Nic z tego krzyku nie wyrozumiałem i nie ruszyłem się z miejsca. Wówczas czyjaś twarz przysunęła się do otworu i teraz wyraźnie po polsku, chociaż rosyjskim akcentem, powtórzono:
— Dawaj dzbanek na kipiatok!
Obejrzałem się po celi. Na półce stał około litrowy miedziany dzbanek. Ten więc podałem mu w najlepszej myśli, że otrzymam gorący napój w postaci herbaty, która mnie pokrzepi.
Za moment miałem już go z powrotem napełniony do połowy i gdy tylko klapa się zatrzasnęła, przywarłem do dzbanka ustami... Nie zdążyłem jednak przełknąć kilku kropli, a już wyplułem. Była to wstrętna, ciepła woda. Odstawiłem. Czekałem czas jakiś, sądząc, iż przyniesie jeszcze suchej herbaty do zasypania i cukier. Ale gdzie tam. Wodę zupełnie ostygłą wylałem więc do kubła. Obudziło mnie uczucie głodu...
Na próżno czekałem na posiłek. Wreszcie zniecierpliwiony do ostatka zacząłem gwałtownie stukać w drzwi. Raptem klapa opadła i w jej otworze ukazała się ta sama głowa, która ugościła mnie „kipiatkom”.
— A ty czego, j... twoja mać, walisz?
— Jeść mi się chce — krzyczałem ze zdenerwowania.
— A ha, ha — śmiał się — za piętnaście minut będzie dzwonek na spanie, a ty z jedzeniem wyjeżdżasz. Jutro rano dopiero dostaniesz.
— Jak to — próbowałem protestować — dziś nie dostałem nic więcej, jak trochę ciepłej wody.
— Widzę, że ty frajer... Zapewne po raz pierwszy siedzisz — rzekł do mnie z pogardą. — U nas jest taki porządek, że rano dają półtora funta chleba i barszcz, o dwunastej obiad, a potem o trzeciej kipiatok. Kto ma cukier i herbatę i do tego z domu majdan, to żyje... a kto nie ma tego, to... wachę68 pije — śmiał się ze swojego dowcipu.