Tego jeszcze samego dnia w domu „Cwajnosa” wraz z kompanami zawarta została przyjaźń. Według wszelkich prawideł opróżniono kilka butelek sznapsa i zagrychy na bruderszaft. Zaraz też przeszedłem pod czułą opiekę siostrzyczki „Cwajnosa” i przyznać muszę, że poczułem się jak w raju.
Tu muszę powiedzieć słów parę o zacnym towarzystwie, w kółku którego się znalazłem. Otóż „Cwajnos”, jak go zwali towarzysze i pod którym to pseudonimem figurował w kartotekach policyjnych, był zawodowym włamywaczem, lat około trzydziestu. Mieszkał on wraz z matką i dwiema siostrami, z których jedna była „kontrolną”103 i uprawiała swój fach z powodzeniem. Inaczej mówiąc była „oficerską” i z byle łapserdakiem, jak twierdziła, nigdy by nie poszła. A ponieważ w tym mieście stało dużo wojska, w którym wszak są i oficerowie, więc interes szedł gładko.
Mój udział atoli w nich można nazwać tylko biernym i ograniczał się do wypicia kilku kieliszków wódki, gdyż zajęty byłem swoją Hanką. U jej boku słodko mi upłynął ten miodowy miesiąc.
Hanka dopiero praktykowała. Nie była ona na tyle zepsuta, co jej siostra. Sama mi się zwierzyła, że miała już narzeczonego, który ją uwiódł. Dała więc sobie słowo, że od mężczyzn będzie się trzymała z daleka. Ponieważ jednak, jak się przyznała, bardzo jej się spodobałem, więc postanowiła jeszcze jednego wypróbować. Jeżeli się przekona, że wart jestem jej serca, wówczas pokocha mnie naprawdę i będę ostatnim mężczyzną, któremu jeszcze zaufa.
XXIX
Pierwsze dni w tym „porządnym domu” czułem się trochę nieswojo. Krępowały mnie nadzwyczajne panujące tutaj „obyczaje”, czyli raczej nieobyczajność. Po kilku jednak dniach stałem się śmielszy i brałem powoli udział w orgiach, jakie się tutaj często po nocach odbywały pod wytrwałym kierownictwem starszej siostry.
Szwagier „Cwajnos” uznał za potrzebne dać mi odpocząć. Przez ten czas słuchałem za to jego fachowych wykładów. I przyznać muszę, słuchałem ich z większą uwagą, aniżeli kiedyś tam w jeszywecie.
Przy wykładzie przybierał minę surowego profesora, co go czyniło prawie śmiesznym, jeżeli nie karykaturalnym. Nie spostrzegając jednak tego, przyjmował odpowiednie pozy i z wielką znajomością rzeczy pokazywał mi, jak się należy brać do dzieła, jaki użytek robić z tego lub innego instrumentu, jak zrywać kłódkę, jak pracować wytrychem itd. itd.
Częściowo mogłem praktykę przeprowadzić już tam, na miejscu. W tym celu dawał mi wytrych i zamykał przede mną drzwi. Po kilkakrotnej próbie wywiązałem się z egzaminu jak najlepiej. Profesor był ze mnie zadowolony.
W przeciągu zaś kilku lekcji doskonale już opanowałem „gryf”104, jak operować tak mało skomplikowanymi wytrychami, jakimi są wytrych pojedynczy i „maskas”105.