Do podobnych wypraw z polecenia swego gospodarza należałem kilka razy. Wszystkie one jakoś szczęśliwie się kończyły. Każdorazowo otrzymywałem odpowiednie wynagrodzenie pieniężne i różne cenne drobne rzeczy. Przyznać się jednak tu muszę, iż pożytku z tego łatwego nabytku nie miałem. Zazwyczaj przegrywałem wszystko w karty w spelunkach świata przestępczego, dokąd to dzięki poznanym koleżkom coraz częściej zacząłem zaglądać.

Z przegranej nic sobie nie robiłem. Wiedziałem, iż za parę dni znowu „zarobią”. Bardziej byłem zadowolony z tego, że mnie zaszczycono zaufaniem i jestem gościem tej lub innej „meliny96 złodziejskiej.

Pierwsza głębsza znajomość z tym światem na wolności, z którego przedstawicielami zetknąłem się pobieżnie tylko w murach więzienia, teraz wywarła na mnie ogromne wrażenie i pociągnęła ku sobie swą tajemniczością. Spodobał mi się ten beztroski tryb życia, jaki ci ludzie wiedli, nie oglądając się na jutro.

Sam już nie wiem, jak to się stało, że pewnego dnia powiedziałem swemu pracodawcy, iż dalej nie będę u niego furmanił.

Słysząc to, bynajmniej się nie dziwił. Domyślił się moich zamiarów. Że jednak przewyższałem jego wymagania i byłem mu korzystny, spróbował sprawę załatwić kompromisowo. Ot, więc obiecał mi podwyższyć pensję. Następnie zaczął tłumaczyć, że chcąc być złodziejem, trzeba też czymkolwiek się trudnić, przynajmniej tak „dla oka”, by policja się nie czepiała. Bo jak tylko „hinty97 poznają, że któryś „kinderuje98 zawodowo, wówczas nie dadzą już spokoju i na każdym kroku zaczną go prześladować. Wciąż domagają się „mone99, tak że już tylko na nich przychodzi wtedy pracować.

— Ja sam praktykowałem to na własnej skórze — mówił w zamyśleniu. — Za młodu siedziałem też w kiciu dwa razy. A później Bóg mi dał „zarobić” pewną sumkę. Ożeniłem się i zacząłem furmanić. Z początku hinty próbowali mnie jeszcze prześladować, lecz widząc, że pracuję, co dawało pozory, że wiodę już uczciwe życie, zostawili mnie w spokoju. A jednak teraz jak wiesz: więcej się zarabia niż dawniej. Posłuchaj mnie, a będzie ci dobrze. Dla oka bądź u mnie, a z boku będziesz mógł zarabiać i niczyjej uwagi na siebie nie zwrócisz. Wiem, że „Cwajnos” namawia ciebie, żebyś był u niego za „konika”100. Jego siostrzyczka od dawna już ostrzy na ciebie zęby. A więc ich sprawa, że chcesz ode mnie odejść. Lecz jak jestem Żydem, wierzaj mi, że na wolności długo nie pohulasz. Przystąpienie do jego szajki rychło cię zgubi, bo hinty go dobrze znają.

Wszystkie te tłumaczenia nie zmieniły jednakże mojego postanowienia. Rozmowa z „Cwajnosem”, jak i domyślał się mój gospodarz, wpłynęła na stanowczość mojej decyzji. Od tego pierwszego zaś dowiedziałem się, co następuje:

— Na próżno ryzykujesz — mówił „Cwajnos”. — Dolę z wypraw zabiera twój pan, siedząc w domu, i to dolę równą. Jest też zarazem paserem101, a więc bogaci się na złodziejskiej krwi. Tobie przypadają w udziale zaledwie marne grosze. Nic im nie mówisz, a więc uważają ciebie za porządnego chłopaka. Z tego też powodu nie zechce gospodarz tak łatwo cię od siebie puścić. Wie też, iż na tobie mógł polegać, poruczając wszystkie te jazdy. Lecz ty nie bądź frajer. Tyś wart więcej. Z ciebie jeszcze będzie porządny „jęke102, masz wszystkie ku temu dane. Trzeba tylko, żebyś popadł w dobre ręce. Bo widzisz, w naszym fachu potrzebna jest siła fizyczna i zimna krew, jak też trzymanie języka za zębami. Te cechy posiadasz, jak zauważyłem, więc dlatego mi się spodobałeś. Zdecydowałem się nawet przyjąć cię do siebie.

Dał mi też do zrozumienia, że i siostra jego również mną się zainteresowała.

Czy wobec takich argumentów mogłem u dorożkarza zostać? Przyznać się tu nawet muszę, że nie tak chęć pozostania kompanem „Cwajnosa” mnie pociągała, jak czarne oczy jego osiemnastoletniej siostry mnie oczarowały. One też były głównym powodem, że wymówiłem posadę.