A więc zostałem dorożkarzem.
Z początku to zajęcie przypadło mi do gustu. Lecz po upływie miesiąca miałem już tego dosyć. Nie zadowalały mnie już skąpe dochody, jakie ciągnąłem z dorożkarskiego fachu. Krąg moich znajomych znacznie się zwiększył, a w związku z tym i rozchody. Zazdrościłem moim rówieśnikom, widziałem, że są ładnie ubrani; że spacerują i bawią się wesoło z ładnymi dziewczętami i gdy większe nawet rachunki bynajmniej ich nie krępują.
Domyśliłem się, skąd niektórzy z nich czerpią swe dochody.
Zapragnąłem także beztroskiego życia. Walczyłem czas pewien ze sobą. Czułem, że wcześniej czy później ulegnę pokusom.
I rzeczywiście, ani się spostrzegłem, jak przez zbieg niezależnych ode mnie okoliczności, zostałem stopniowo wciągnięty do wspólnictwa w wyprawach grożących w razie niepowodzenia kryminałem.
Pewnego razu z poruczenia swego szefa miałem zawieźć trzech „porządnych gości”, jak się wyraził mój gospodarz, z osiemnaście kilometrów. Byli nimi młodzi ludzie, faktycznie porządnie ubrani, sympatyczni i weseli.
Na „miejsce” przyjechaliśmy o godzinie dwunastej w nocy. Mówię „miejsce”, chociaż określenie to niezupełnie ścisłe, albowiem kazano mi zatrzymać się na drodze przy jakimś przydrożnym drzewie i czekać na ich powrót. Pouczyli mnie przy tym, jak mam się zachować w razie „poruty”95. Odchodząc, rozdzielili między siebie jakieś oryginalne, jak zauważyć zdołałem, przedmioty, których nazw wówczas jeszcze nie znałem.
Gdy odeszli, zostałem sam na koźle, pełen trwogi i różnych niewesołych myśli. Lękałem się nawet poruszyć. Czas dłużył się nieznośnie. Mijały godziny, a ich jeszcze nie było. Łowiłem uchem najsłabsze odgłosy, aż wreszcie usłyszałem pospieszne kroki i z cieniów ustępującej już nocy wyłoniły się sylwetki moich pasażerów. Dźwigali ze sobą dość wielką walizę.
Wskoczyli do dorożki i kazali wyrywać co koń wyskoczy. Nie trzeba było mi tego dwa razy powtarzać, gdyż sam chciałem co rychlej opuścić to miejsce, gdzie tyle przeżyłem strachu i niepewności. Smagałem więc batem wypoczętą parę „szefowskich” koni, którymi tym razem powoziłem, poderwała z kopyta i rychło daleko już byliśmy od miejsca „roboty”.
Konie zwolniły bieg. Miałem teraz możność przysłuchać się uważnie prowadzonej za mną rozmowie. Nie miałem już wątpliwości co do rodzaju „roboty”. Czynili między sobą otwarcie te lub inne „fachowe” uwagi. Najbardziej zaś przekonywającym był podarek, jaki mi uczyniono w postaci srebrnego zegarka i złotego łańcuszka. Dla odprężenia nerwów obdarzono mnie jeszcze wódką i kawałkiem kiełbasy.