Jak pomyślałem, tak też i uczyniłem. Za godzinę, czy nieco więcej, siedziałem już obok dorożkarza na koźle. Dla skrócenia czasu długiej podróży wdałem się z dorożkarzem w rozmowę. W trakcie tejże zwierzałem się mu z moich kłopotów. Słuchał mnie uważnie. W pewnym zaś momencie zapytał, czy umiem obchodzić się z końmi. Częściowo spodziewając się, do czego zdąża, bez zająknienia odpaliłem, że się znam. Ażeby zaś jeszcze bardziej w tym jego utwierdzić, skłamałem dalej, że ojciec mój też był furmanem. Spojrzał na mnie trochę niedowierzająco, lecz zaraz rzekł: „Jeżeli więc chcesz, wezmę cię do koni — mam ich dziesięć. Mam też kilka dorożek. Wynajmuję je do obsługiwania ludzi. Jeżeli nie będziesz głupi, będzie ci u mnie dobrze. Jeżeli się nadasz, to zatrzymam cię nawet na stałe”. Bez wahania na propozycję przystałem.
Następnie wysłuchałem jeszcze dłuższego pouczenia, jak się mam obchodzić z końmi, jakie będą moje obowiązki itd. W końcu przeszedł znów do wybadania mnie, skąd jestem i kim są moi rodzice. Nagadałem mu niestworzonych rzeczy, z czego to tylko było prawdą, iż jestem sierotą, z tą wszelako różnicą, iż powiedziałem mu, że i ojca nie mam. Po każdej mej odpowiedzi kiwał jakoś niewyraźnie głową, możliwe nawet, że nie wierzył w to, że jestem synem dorożkarza. Nie przeszkodziło to jednak, byśmy doszli do ostatecznego porozumienia.
Po całonocnej podróży, późnym rankiem stanęliśmy wreszcie na miejscu. A po krótkim odpoczynku objąłem nowe dla mnie funkcje dorożkarza. Zanim wszakże opowiem o dalszych swych przygodach, muszę słów parę powiedzieć jeszcze o swym szefie.
Otóż był to człowiek olbrzymiego wzrostu i herkulesowej siły. Czarny zarost i długa broda czyniły go raczej podobnym do Cygana niż do Żyda Na jego okrzyk drżeli nie tylko ludzie, lecz i konie. Był pracowity. Rzadko widziałem, by odpoczywał. Stale furmanił między miastami O...sy a S. Trakt ten obsługiwało sześć jego najlepszych koni. Do pomocy miał tam tylko chłopaka.
Mnie się dostał kary koń, były „dragon”. Byłem z nim zapewne w jednych latach, a więc, gdy ja byłem jeszcze młodzieńcem i można powiedzieć rozpoczynałem życie, biedny ten koń od dawna już był emerytem i wiódł mało pochlebny żywot żydowskiej szkapy. Los nasz i dola były jednakowe. Mieliśmy wozić z dworca pasażerów.
Gdy już konia zaprzągłem, gospodarz uważał za potrzebne jeszcze gruntowniej wtajemniczyć mnie w arkana dorożkarskiego zawodu.
— Grunt — mówił — koń. Pasażerowi należy zaimponować brawurowym podjechaniem dorożką. A więc... Nie oszczędzać bata, gdy zdechnie, kupi się drugiego... Swoją drogą samemu trzeba się starać, by koń był nakarmiony.
Tu spojrzał na mnie wymownie, niepewny, czy zrozumiałem, o co mu chodzi. Kiwnąłem głową na znak, że go dokładnie rozumiem. Wszak nie na próżno siedziałem w więzieniu.
— Pamiętaj — ciągnął dalej — jak nie będziesz głupi, to na kieliszek pejsachówki zawsze zarobisz. Z pasażerami trzeba się obchodzić bardzo dobrze i nic im zginąć nie powinno... lecz na stacji... gdy ci czasem coś uda się ściągnąć, to nie szkodzi... tylko ostrożnie, bo to pachnie kryminałem. Jeżeli zdarza się obcy pasażer, należy kroić taksę potrójnie. A gdy się targuje, upuść tylko wtedy, gdy brak gości... W tym ostatnim wypadku można nawet zgodzić się i poniżej taksy.
Po ukończeniu wykładu poklepał mnie po ramieniu, aż mi w stawach zatrzeszczało i kazał ruszać.