Ten uroczy list spadający tak niespodzianie napełnił Kandyda nieopisaną radością; równocześnie choroba drogiej Kunegundy zasmuciła go głęboko. Szarpany tymi sprzecznymi uczuciami bierze wszystko złoto i diamenty i każe się prowadzić wraz z Marcinem do wskazanej gospody. Wchodzi, drżąc ze wzruszenia; serce mu bije, głos trzęsie się od łkania; chce rozsunąć zasłony; chce wołać o światło.
— Nie waż się pan — mówi garderobiana — światło ją zabija.
To mówiąc, żywo zaciąga firanki.
— Droga Kunegundo — rzekł Kandyd, płacząc — jak się miewasz? Jeśli mnie nie możesz widzieć, przemów bodaj.
— Nie może mówić — odparła pokojówka.
Wówczas dama wysuwa z łóżka toczoną rączkę, którą Kandyd długo skrapia łzami i którą napełnia garścią diamentów, zostawiając równocześnie woreczek złota na fotelu.
Wpośród tych uniesień zjawia się sierżant policji w towarzystwie znanego nam labusia oraz oddziału straży.
— To są — rzecze — owi podejrzani cudzoziemcy.
Każe natychmiast ująć obu i rozkazuje swym zuchom, aby ich powlekli do więzienia.
— Nie tak obchodzą się z podróżnymi w Eldorado — rzekł Kandyd.