— Jestem bardziej manichejczykiem niż kiedykolwiek — rzekł Marcin.
— Ależ panie, dokąd pan nas prowadzi? — spytał Kandyd.
— Do dziury — odparł sierżant.
Marcin, odzyskawszy zimną krew, osądził, iż dama odgrywająca rolę Kunegundy była hultajką; labuś hultajem, który w najkrótszej drodze skorzystał z naiwności Kandyda; sierżant zaś trzecim hultajem, którego z łatwością można się będzie pozbyć.
Woląc nie udawać się pod opiekę trybunałów, Kandyd, oświecony radą przyjaciela, wciąż zresztą dyszący żądzą oglądania prawdziwej Kunegundy, ofiarowuje sierżantowi trzy małe diamenty, każdy wartości około trzech tysięcy pistolów.
— Och, panie — rzekł stróż bezpieczeństwa — gdybyś nawet popełnił wszystkie możliwe zbrodnie, jesteś dla mnie najuczciwszym człowiekiem w świecie; trzy diamenty po trzy tysiące pistolów! Panie! Dałbym się zabić za pana, zamiast pana prowadzić do więzienia. Aresztują wszystkich cudzoziemców, ale zdaj się pan na mnie, mam brata w Dieppe, w Normandii; dowiozę tam panów, a jeśli macie jeszcze jaki diamencik na zbyciu, brat będzie miał o was pieczę jak o mnie samego.
— Czemuż to aresztują wszystkich cudzoziemców? — spytał Kandyd.
Labuś odpowiedział:
— Dlatego, że jakiemuś włóczykijowi rodem z Atrebacji94 nagadano bredni: to pchnęło go do ojcobójstwa, nie takiego jak w 1610 w maju, ale jak w 1594 w grudniu95; takiego, jakie w różnych latach i miesiącach popełniali inni urwipołcie, również nasłuchawszy się bredni.
Zaczem sierżant wytłumaczył, o co chodzi.