— I nie trzeba ci tego, dziecko, bynajmniej do szczęścia.
— Tylko smutno mi strasznie. I za siebie, i za Olę, i za ciebie...
— To sobie popłacz troszkę. Tutaj! — mówiła, pochylając jej głowę ku poduszkom.
Jakoż Nina nie kazała sobie tego powtarzać po raz drugi, bo ledwie pieściwych puchów czołem tknąwszy, wybuchnęła spazmem w łzy zasobnym, rozdygotanym bezradnie, wypłakującym sowicie w poduszki cały rozstrój duszy dzisiejszy.
— Patrz, twoje „nerwy”! — zwróciła się Lena z wymówką do Oli. I bynajmniej nie starając się uspokajać tamtej, muskała ją po głowie, jak gdyby mówiąc: „Wypłacz się, wypłacz!” I tak ją głaszcząc, nie przerywała sobie rozmowy; podnosiła tylko głos wobec tamtych spazmów.
— Nie wiem, jak by tam było gdzie indziej na świecie, wśród innych kobiet, wiem tylko, jak u nas być musi. Właśnie tak! I gdyby mnie wraz z tobą zebrało się również na łzy, opłakiwałybyśmy pono przede wszystkim siebie... No, dosyć! — zwróciła się surowo do Niny, potrząsając jej ramieniem. — Dosyć już!
Tedy i Nina zdecydowała niebawem, że już dosyć, i wyciągniętą w tył ręką prosiła o chustkę do otarcia łez.
Zaś Ola, przeniósłszy się tymczasem bezszelestnie jak cień w kąt łóżka, u ich nóg wyświecała swe oczy żółte jak ta sowa i zahukała nagle głucho.
— Inne byłybyśmy wszystkie!... inne!... inne!
Aczkolwiek brakło w tym wszelkiego „gdyby”, Lena nawiązała to łatwo z tokiem poprzednim: