— I psu nie pozwolą.

— Ale kobiecie, gdy się zatnie na swoim, wzbronić nie mogą i krzyżem naznaczyć muszą — czerwonym.

— Oo!...

— Matka moja szła za ojcem w tamteż kraje jak pies — za jego nogą skutą.

— To jest co innego! — broniła się Ola ze zwieszoną głową. — Bo zgodzisz się, że te akcesoria oraz insygnia „siostrzane” dla... kozaków? No, przecież chyba rozumiesz? A przy tym sama mówiłaś: bierni, niemi i tępi w musie. Jakąż siłę uczuć w nas to niecić może?...

— Toteż Bóg litościwy odebrał nam dzisiejszym tę władzę kochania. I dał nam w zamian ciekawość, imaginację, egzaltację i nerwy; a w nadmiernej hojności jeszcze i roztropność samozachowawczą — jej giętkości uczą nas mężczyźni... O, ja o sobie przede wszystkim mówię — dorzuciła szorstko; lecz spostrzegłszy, że ta jej szczerość wgnębia znów Olę w jej nerwowe zatulenie, pocałowała ją na uspokojenie.

— No, my między sobą możemy być chyba zupełnie szczere... Patrz no lepiej, jak to Nina na nas spogląda, uwięziwszy płacz w zagryzionych ustach — bo oczy nie mają czasu: oczy łowią słowa na cudzych wargach, a myśl mota i mota je koło swojej zatajonej udręki. No, co ty, ciupa, tak ciągle?

— Nic.

— Tak cichutko? Ot, co ja wam powiem na pocieszenie. Dawnymi czasy, w szczęku broni i burzach namiętności rozpaczały kobiety po kościołach gotyckich: „Przebacz nam, Panie, bośmy kochały tak bardzo!” A Bóg tych kobiet kochających bywał nielitościwy: ile stąd rzewnych ballad i legend w wierszach pięknych, którymi żywiły się po zamkach wyobraźnie kobiet, własne jak woń kwiatów. Nam dzisiejszym wypada wzdychać po alkowach: „Przebacz nam, Boże, bośmy tak bardzo nerwowe”. I ten Bóg kobiet nerwowych okazał się... dobroduszny. Wynikają stąd zaledwie, brr! szpetne ballady plotek, którymi żywi się cuchnąca jak rynsztoki wyobraźnia tłumów miejskich. Tego się strzeżcie, dziewczęta moje: zamykajcie okna od ulicy!

Nina leżała znów twarzą w poduszkach i ściskała oburącz skronie.