— Czy do Boga dobrodusznego trzeba się modlić nerwami?

— Nie, sprytem mężów naszych.

— Och, wszystko to jest bluźnierstwo słów, śmiechu i ciekawości, i beztroski — i przerażenia może jeszcze: wszystko, co ja dziś złego zrobiłam! Ja chyba nawet myślą nie zgrzeszyłam, bo myśl...

— Śpi tymczasem.

— A złe postępki nasze — wtrąciła Ola głucho — to tylko bluźnierstwo uczuciom, bo zmysły...

— Drzemią jeszcze.

Tu Niną wstrząsnął ów gwałtowny chłód przerażenia, powracający zawsze ze wspomnieniem tamtej jednej chwili. I poderwawszy z poduszek postawił na klęczkach.

— Więc po co? Więc skąd? Więc dlaczego tamto się stało?! Przecież to wszystko jest takie okropne, że...

— I diabeł nie zrozumie, i Bóg nie spamięta.

Nina łkała pod tłumikiem dłoni. Ola zatulała się w sobie, zwierała jak ukwiał, a ręce wąziutkie na chudych ramionkach sięgały skroni bolesnych niby macki drżące.