— Tak zatrudnionego w onej studni ja sama przysypałam piachem mego życia!

Odeszła w głąb pokoju, dokąd nie dochodziło ani światło ampli, ani dogonić jej nie mogły zaognione słuchaniem oczy dziewczyn. W mrocznej oddali znaczna była tylko wyświetlającą się plamą na poły rozpadłych włosów, z którymi porały się ramiona białe. Pochwyciła z kąta jakąś chustę ciemną i otuliła się nią cała, jakby powstydziwszy się nagle tych włosów obfitości, tych ramion nagich, tego tchnienia ciała od piersi nieprzysłoniętej i swego stroju barwności.

I tak wsiąkła w oćmę pokoju, sama w cień zatarta.

By po chwili podjąć znowu w tym musie pod wspomnień nawałem:

— I onego wieczora ja to właśnie, ja sama, jak ten skłamany sercem wid otuchy, zamknęłam mu oczy i ucałowałam usta zimne — zadrgało krótko w ponurym przypomnieniu warg.

Tym dziwniejszym i jakby rozczarowanie niosącym wydał się dziewczynom po długim milczeniu głos jej jakby w sobie zacięty i hardy:

— Zresztą ja nie dam pogiąć się nawet i upiorom. Im gorszą się czuję, tym bardziej upartą być muszę: ot, tym kobiecym ratunkiem siebie samej przed sobą. I myślę wtedy: może wszystkiemu było winno to, że ja się rodziłam na taką, która raczej jak pies za skutą nogą pójdzie, niźli ptakiem za cudzymi skrzydłami poleci. I nie spadnie, nie spadnie nazbyt rychło w życia fałsz, już potem — bardziej niźli kiedykolwiek — nieunikniony. Bo mi te drogi gwiezdne każdy dzień życiem uśmiechnięty gasi. Mój diabeł trzeźwości szepcze mi wtedy do ucha: „A te wysyłania rojeń na gwiazdy nie dziejąż się160 one także dlatego, że życie stoi zatrzymane? Tam drogi wolne!” Osobliwie dla tych, co są właśnie jak te mumie na wspak: martwi w życiu powszechnym tym niedołęstwem swoim własnym. Zaś co górnie pomyślane, to ładnie powiedziane, co ich do łez szczęścia roztkliwia, maż161 to naprawdę dawać życiu... siłę i hart? A tak roją oni przecie. Czy aby te nici ich właśnie najbardziej wzorzystych tkanin nie są barwione w kłamie wobec życia? I czy ta ich krynica nas... dzieci bezruchu — nie poiła nazbyt długo najtragiczniejszym kłamem serca? Osobliwie nas, kobiety? Czy ta nieprawdziwość nasza i życia okolnego nie pochodzi i stąd? Romantyczne my tu wciąż jeszcze bywamy, gdy się zdarzy, że duszą ocknięte — och, i jak bardzo zapóźnione wobec świata całego! I w jak żałosnej karykaturze tego, co było niegdyś! I w jak koniecznej może? Zwietrzała siła wina starego w jad bezwiedny dla dusz... Myślę czasami: czy to nie było jemu trucizną właściwą, którą on zgotował, a ja mu podałam?

Lecz w tejże chwili załamał się jej głos w niepewności: zmilkła. By po długiej chwili podjąć głucho, w zatłumieniu:

— Bluźnię pamięci potwornie! Odrzucam na niego jak kamienie, ledwie na wspak obrócone, najgorętsze dary jego słowa. I tyle tylko mocy w mym kobiecym myśleniu.

Tamte obie z trudem ogarniały już jej myśli; z tym większym skupieniem słuchały tego głosu dochodzącego z ciemni pokoju. Dziwnym aż do niepokoju stawał się dla nich ten targający się w biegunowych sprzecznościach spowiedny ton duszy, jakby wycofanej tam, w ciemnię — z tych tu luksusowych ram jej kobiecego ciała. Słuchały: