Spoglądała chmurnie ku górze, w tę banię u sufitu, sączącą chłodną, ckliwie fioletową zadymkę światła.

— Wszystko to obrzydliwość jest, do czego nas życie i cnota uprawnia, oddając młodość naszą na leniwą konsumpcję cudzego nawyku. Przenieść taki pokój i mnie na łożu do innego lokalu — a mężowski cachet166 całego meblunku pozwalałby to uczynić — byłoby wtedy mniej dostojnie, ale za to wymowniej. No i — zabawniej trochę.

I dorzuciła wnet jakby gdzieś poza siebie przez poręcz łóżka:

— Ciesz się, mój diable: nie tylko pomyślałam, ale powiedziałam głośno najbardziej ukrytą myśl mojej pokutnej dziś cnotliwości.

Tu Nina odezwała się niespodzianie. Usławszy sobie było167 tymczasem całe gniazdo z poduszek na bardzo pilne zasłuchanie, a uwagą niemocną motająca raczej rwane wciąż nici swoich myśli — teraz wreszcie jęła coś mówić w sufit zapatrzona. Bąkała na pół łzawym czy też sennym głosem:

— Tam jest taki wielki, czarny Murzyn: wiesz? Straszny taki. Ten, co wtedy wieczorem: wiesz? I tacę ma taką mosiężną.

— Więc co z tego, ciupa? — przerwano jej zdumieniem tę bezładną dygresję.

— Nic — odpowiedziała stropiona i pogoniła już w milczeniu swe myśli jakoś bardzo niejasne.

Tedy i Lena powróciła do swoich, lecz zanim nawiązała wątek, Nina odezwała się znowuż.

— Powiedz mi: twój brat miał podobno niegdyś jakąś panienkę?...