— A z czego spłynąć może otucha? — dobyła z siebie głosem nieufnym.
— Z ukochania życia właśnie takim, jakim ono jest. Na przekór wszelkim „tabu” ideałów: wszystkim Woydom, dziadkom, panom Komierowskim; wszystkim tworom posępnym; z ukochania życia naprzód ciekawością, potem pragnieniem, wreszcie walką...
Jej zwisały powoli ramiona, a zdziwione oczy jakby się gdzieś w dal błąkać poczęły, szukając wspomnień dzisiejszych w ich kolejnym następstwie: byłożby w tym wszystkim jakieś znaczenie dla niej niepojęte?...
Nie spuszczała z niego oczu szeroko otwartych.
— Należy ukochać życie — mówił baron tymczasem — nad smutek wszystkiego, co jest lub być może; pogardzić wszystkim, co smutek i pesymizm niesie.
— Och, Boże! — krzyknęła wprost, bo stary major stanął jej natychmiast przed oczami, właśnie w chwili, gdy go odprowadzano precz.
I jakaś niepewność odbiła się na jej ruchach, wraz niespokojnych.
— A jeśli zło... własne? jeśli grzech? — ocknęło się w nagłym przeskoku myśli.
— Ba! nawet ze zła i grzechu, gdy pogodą zwyciężone, zrodzić się może... ot, niedola przez ludzi. Nie należy samego siebie nigdy opuszczać przed ludźmi, należy być wtedy tym bardziej odważnym. Nieszczęście powstaje dopiero z tego smutku, jaki się lęgnie na złym postępku, z tej niepewności, jaka nas opada wobec ludzi, z ponurych dociekań wobec siebie.
Zdziwienie podniosło ją z krzesła. Lecz opamiętawszy się, przysiadła natychmiast. „Toż ja wtedy właśnie bez wiedzy i woli — przypominała gorączkowo — przeraziłam się najbardziej tego smutku, jaki z grzechu wyjrzał, i zgłuszyłam wszystko ciekawością, ruchem, innymi sprawy, jakby w zapomnienie nagłe: sama nie wiem, jaką w sobie siłą”.