Spoglądała w niego jak w jasność: świadomość siebie piła wprost ze słów jego.

— Panie, ja byłam... Ja się tu bez wiedzy stawałam...

— Jakaż to?

— Jak pan.

— Hm?!...

I w tym rozpromienieniu, a napływie ufności w duszę otwartą, wołała w pilnym przeskoku ku innemu jego słowu:

— I odważna jestem bardzo. Strachów to się czasami boję, ale przed ludźmi!... Czasami to się aż dziwną sobie wydaję: próbuję sobie wyobrazić rzeczy okropne, no i... Ja lubię nawet rzeczy groźne. Ja bym się wszystkiego mniej bała niźli... no, niźli Wanda nawet!

— Hę?!...

Baron kroczył sztywnie po pokoju i spozierał od czasu do czasu zezem w jej stronę.

Ona tymczasem pracowała pilnie myślą, czując potrzebę wypowiedzenia poruszonego nurtu. Układała jakieś rozumowania wymowne, przekonywające, objąwszy je wszystkie, zdecydowała się wreszcie mówić i... zmyliła myśli wszystkie okrzykiem piersiowym: