— Panie, ja tak strasznie chcę być szczęśliwą!

Odruchowo odpowiedział śmiechem, który przeszedł wnet w smęt pobłażliwy. Zbliżył się do niej, pogłaskał po głowie. A jej, jak wówczas spod dłoni Leny, sączyć się teraz poczęło ukojenie dobre. Z jego życiowego rozsądku szedł tchnieniem równowagi — jak od jego żony negliżu i stroju — ten cielesny wiew człowieczej — kobiecej doli, w którym się zagadnienie życia całe tak łagodnie upraszcza. Więc i teraz to przygnębienie i rozterka, jaką pozostawił po sobie sędziwy major, zamieniły się w bezradność zahukaną i rzewną, radą przytulić się w myślach do czyjegoś zwycięskiego szczęścia. Lub bodaj tylko do tego szczęścia nauki.

Lecz ukojenie było tak dobroczynne, że nawet słuchać i rozumieć rychło przestała: sam ton działał błogo i ta pewność, że mówi ktoś mocno stojący wśród ludzi, czyjej słuszności doświadczyło życie samo. Pomyślała tylko: „Takim właśnie, takim winien być mąż Leny! — inaczej byłoby z nią źle. Z nami wszystkimi byłoby źle, gdyby nie tacy właśnie mężczyźni!”

I starała się słuchać uważnie.

— ...w tej walce o swoje prawa do szczęścia...

— Ach? — odezwała się tonem rozczarowania. — O takiej pan walce mówił?!

— O jakiejże by?... W tej walce pogoda jest połową powodzenia wśród ludzi, pewność siebie, odwaga w sięgnięciu po swoje znaczenie i stanowisko czyni resztę. Wiedzą i kobiety o tym.

— Ach, taka odwaga?!... A mężczyźni?

— Na inną tu nie miejsce i nie pora. A mężczyźni walczyć tu są zmuszeni bodajże tą bronią, co i kobiety: życie jest tu za niemrawe w smęcie swoim, za bezkształtne w niedołęstwie, za nieoporne na wszystko, żeby je trzeba lub można było zwyciężać: ono się daje tylko uwodzić.

Lecz jej czujnej teraz i upartej uwadze przypominały się natychmiast słowa Leny o tej niezmarnowanej nauce giętkości, jaką tu kobietom daje życie ich mężczyzn.