— Czyż zawsze trzeba być giętkim? — odęła się wzgardliwie.

I tym podbiła mu jakby myśli w bezwzględność, zacięły się wargi.

— Przed słabymi i smutnymi — nie! I o tym wiedzą kobiety. Dla siebie można by wobec takich być tylko niedbałym i normalnie miałoby się dostateczną, kobiecą satysfakcję w okazaniu im tego. Ale w obronie życia samego należy być dla nich nieubłaganie twardym! I dzieje się to samo przez się u każdego, kto ma w sobie rzetelne instynkty życia. Gdy wracam, na przykład, z Europy, z Berlina, czuję po prostu, jak mi po drodze, w wagonie kolejowym twarz stygnie i zacinają się wargi na cały czas „szczęśliwego” tu pobytu. To jest po prostu odruch życiowego instynktu w obronie przed tym smętem i niedołęstwem, jaki się tu z powietrza wdycha. Bo niechby sobie tylko kto pozwolił mieć tu wejrzenie pogodne, jakie się wywozi, na przykład, za granicę, do Berlina. Rychło spostrzeże, jak się rozżarzą wokół niego ślepia szakali. Nikt się tak nie zna na prawych ścieżkach życia jak niedołęstwo; a te prawe ścieżki nudne są przecie i smutne, wiedzą szakale. „Oto idzie ktoś pogodny, uśmiechnięty; widocznie powodzi mu się w życiu: pewno łotr. Ale podwinie mu się noga, podwinie! nierychliwie, ale sprawiedliwie” — oblizują się szakale. To są opiekuni każdej sprawności, każdej działalności życiowej u nas! A niech te głosy szakali tylko zasłyszą hieny idealizmu!... O, ja się szczerze przyznaję, że do fizycznej odrazy znosić nie mogę najdalszego zawycia tego „ich” tu idealizmu. Nienawidzę na przykład „ich” tu sztuki! Śmierdzi mi to wszystko rozkładem życiowego instynktu.

Tu baronowi nadmierne wzburzenie samo zamknęło usta, rodząc spóźnioną znów orientację, że nie z żoną się swarzy, nie przed nią wybucha. Tedy z wysilonym spokojem i akcentem żalu w głosie zamykał sprawę, jakby przed sobą tylko: — „My” sami się grzebiemy.

— Ten „wasz” tu Woyda — parsknął mimo to za chwilę — który żonie chciał jakieś tam wiersze swoje dedykować — Boże! jak ja tego człowieka znosić nie mogłem! Cały osobnik jak stara panna: smętny, pretensjonalny, a nieufający swym wdziękom. Rzekłbyś, fizycznie śliski w tym swoim tragicznym niedołęstwie wobec najbłahszej sprawy życiowej, gdzie trzeba choć za grosz mieć woli. Po prostu nabawiałem się jakiejś niedobrej monomanii z pasji do tego człowieka. Przybył mi nowy strażnik szczęścia mego. Miał wpływ idealistyczny na siostrzaną duszę mojej żony... Proszę pomyśleć tylko: taki dziad! brat taki! — i jeszcze tamten! Takie czuwanie hien idealistycznych i te ślepia szakali nad cudzą radością życia; nad źródłem jego sprawności, dzielności czynu — oto jest polskie szczęście!

Patrzała na niego rozszerzonymi w koło oczami: „Co to ma znaczyć?!...”

Twarz barona była w tej chwili znów biała jak płótno, wąskie wargi nikły w zacisku.

— O, gdyby ten Woyda nie był na tyle dowcipny i nie przeniósł się dobrowolnie na samo „tabu” ideału...

— Ach, Boże — i ten także!

— Któż tu mu jeszcze winszował tego kroku?