— Dziadek.
— E?... — baron stał przez chwilę z otwartymi ustami.
Rychło jednak zorientował się i w tym.
— Kochają się bardzo hieny wszystkie! I te nie stanowią wyjątku. Nad trupim gnatem ideału niepożywione, pożerają się wzajemnie. Wytwarza to tak zwaną atmosferę... — baron parsknął w kułak wetknięty między baki — duchowego życia w tej... ph!... metropolii ideałów.
I twarz odęła mu się wzgardą bezmierną: rozłaziły się baki.
W przerażeniu i stropieniu ufności nagłym przestała się już orientować w tym wszystkim. Rozumiała tylko nienawiść i wzgardę, nie wiedząc dokładnie, do czego i kogo odnosi się ona właściwie. Mozoliła się w ciasnym kole swoich przypuszczeń, ustaliwszy wreszcie po kobiecemu, że to wszystko razem jest zazdrością o wpływ na Lenę, a może i o nią samą. Aczkolwiek baron może nic nie wie o jej stosunku z Woydą, tym bardziej właśnie nurtuje go to tak bardzo, że aż nienawiścią w grób sięgać zmusza. Baron tego wszystkiego nienawidzi i tym gardzi, co tamten ukochał i co przebóstwił. Wyłożywszy sobie tedy wszystkie fale życia, jakie z jego słów w nią uderzały, na swój ład kobiecy, uspokoiła się rychło. I podniosła na niego spojrzenie, acz nie dawnej już ufności, to przecie większego jeszcze zaciekawienia.
— Trzeba mieć twardą pięść — słyszy oto głosem tak ostrym, że wstrząsła się mimo woli — trzeba mieć twardą pięść dla tych wszystkich, co oblegają radość życia, jak te hieny i szakale. To wszystko i tak jest przeznaczone na zatratę. Przyjdą inni, mocniejsi, przyjść muszą, jak biali do Murzynów. „Tabu” pozostanie jako curiosum muzealne wiary zawziętej, która ludzi cywilizowanych wtrąciła z powrotem przez barbarię — w dzikość. Gdyby pan major, dziadek niby, mógł przeżyć tę wojnę dziś obwieszczoną oraz to wszystko, co po niej niechybnie nastąpić musi, pokazywano by go może za kilka lat w Berlinie po panoptikach jako ostatniego Mohikanina. Może z piórami na łbie i tomahawkiem w ręku.
Zerwała się z krzesła w ślepym już odruchu oburzenia.
Ale on w pasji swej już nie zauważył nawet tego. Wypadło przecie z ust, co ściskać musiały zęby w swym otoczeniu przez lat tyle: pękł wrzód zaropiałej goryczy.
— Tak, po panoptikach! — przybił raz jeszcze. — Ludzie dzielni, przed którymi jest przyszłość własna i świata, tam będą odsyłali te patosy smutków i pesymizmów. A ponurościami in spe panoptikowymi raczą się, jak wiadomo, tymczasem instynkty zbrodnicze. Będzie to ultissimum179 oddziaływania pesymistycznego ideału!... Czytałem u jakiegoś misjonarza czy też podróżnika, że zdegenerowane jednostki ginących szczepów, wykradając się po nocach na „tabu”, wracają z taką żądzą krwi w nozdrzach, że lepiej nie czekać, lepiej od razu w łeb strzelić. Ja memu panu szwagrowi, ukochanemu bratu Leny, po prostu boję się nieraz w oczy spojrzeć. Przecież w tych ślepiach ołowianych drzemie tymczasem czyhające zniszczenie.