„Woyda pił!” — krzyknęła myślą.

Dzwoniła zębami w szkło i zacięła wraz usta w kurczowym zacisku szczęk. Rozpaczliwy, szamocący się upór był w popłochu tych oczu i nieprzytomnych wybłyskach nienawiści.

„Diabła sakrament!...”

Naciskiem ciemienia podawał głowę i wciskał zrąb czarki między zęby. Zadzwoniły dygotem drobnym po raz drugi w szkło. Już nie nienawiść była w oczach, lecz stężenie lęku błagalne.

Wyczerpał ostatek cierpliwości. Brutalnie mocnym naciskiem policzków pod uchem rozchylił szczęki zwarte i wlał całą zawartość czarki. Krótki krzyk jej stłumił bełkot w ustach.

A płomień zgrozy na źrenicach rozwiał się rychło w zdumieniu, z jakim spoglądały za chwilę oczy. Na kanapę złożona i niewidząca go przed sobą, miała dziwne wrażenie, że znikł, przepadł nagle, jakby w tych dymnych kłębach nienawiści i wzgardy, w których gubiła się myśl ledwie ocknięta.

Gdy jedno pomyślenie podniosło ją powoli nad poduszki:

„Któreż to było przekleństwo, a które błogosławieństwo?” — pytała siebie, przypominając dwa uściski swej głowy.

„I ku czemu?...”

A on wypaliwszy tymczasem papierosa i owładnąwszy rozdrażnieniem chwilowym, stanął nad nią z rękami w kieszeniach i zwieszał cierpko wargę.