Szedł z twarzą bladą i suchą jak płótno i sztywnymi baki190, a w gołej jamie tych włosów zaciskały się wargi tak, że ust wcale widać nie było. Wszystko gięło się przed nim — mijał z pogardą. A gdy się do niej przysiadł, stężała w trwodze. Wyciągnął rękę, pochyliła się do niej.
„Wszyscy to czynili — rzekł sucho — ilu ich tu widzisz. Zaś ty musisz: nie dla siebie tylko... Bacz, by na twarzy nie czytano przerażenia: szakale patrzą. Uszu przychyl, oczy spuść: dziecko twoje...”
„Jezu!”
„Milcz”.
Błysły mu oczy czerwonym odbiciem płomieni. I splunął w ognisko.
„Wszyscy mi tu kwoli191 czynią dla swoich tam przyczyn, o które nie dbam: głodu, ambicji czy kobiet. Więc i o twoje błahe przyczyny nie stoję192. Wszyscy mi tu nie tylko kwoli czynią, ale i po myśli. Znużyły się dusze w niemoc zamyślenia nad sobą, w trwogę przed tym, w nienawiść tego: pesymizmem zwą — i to także!”
I usłyszy śmiech niski, na wargach zaciśniętych nie widny, w piersiach tylko głęboko rozdygotany.
„Ale tyś najmłodsza, duszą nieznużona. Przetom do ciebie przysiadł. I bacz — szeptem mówię: «budzi się dusza młoda ku przeznaczeniu swemu»”.
Przysunął się bliżej, ustami do ucha chylił.
„Pogodę zła daruję, owoc szczęścia w drżące dłonie dam — za jedno tylko: za poniechanie prawdy uczuć i myśli, własnych wyłącznie, tych przed sobą jedynie, o których i tak nikt nigdy nie wie”.