„Wykląć się?!”

„Nie za siebie tylko. Nie o twoje błahe szczęście idzie. Nie o twoją duszę stoję”.

„Przypominam! — dobyło się z niej w oddechu głębokim. — Życie stanie — w bezruch dusz, powiadali”.

Wówczas on porwał się z ziemi i zapalił się gniewem w oczach czerwonych przed tą łuną ognia.

„Nie wieszże, przed jakimś ty ogniskiem?! Nie mówiłć stary?! Nie poiłem ja cię tu w trosce ratownej? Gdzie bądź uciekniesz: w sobie masz ten napój żądzy szczęścia i dosytu”.

I ujrzy go wówczas dopiero w jego postaci własnej, oczom ludzkim skrytej...

Biegnie po bezdrożach dymnych. A za nią, porwawszy się sprzed ogniska, pędzą kołem szerokim chmary szakalów193. Mniemała, że przed się pomyka, rychło wszakże czuć jęła, że w koliste bezdroża gnają ją przed sobą w mgle i oćmie te ślepia okrągłe o zielonych wybłyskach naszczekujące wciąż: „dziecko! dziecko twoje!”

Gdy nagle usłyszy koło siebie skrzypienie piskliwe, gdzieś nieopodal w tej ciemni.

„Krew!... Krew!... — skarży się wokół niej i skoli ta strzyga niewidna. — Za mną chodź — szepcze — wywiodę, wyczuję! Skrzydła popalili, ciało pohańbili, duszę roztargali, dno serca obnażyli: nim ja czuję! Chodź za mną. Wywiodę... Patrz — jest! Jest jeden!”

Widzi przed sobą tamtego — sprzed ogniska, zza płomieni rozwiewu: z przepaską bandaża na głowie i plamą krwi skrzepłą, co się przez nią na czoło przesączyła. „Sama wiązałam” przypomina.