— Ach? — zdumiał się profesor. — Czyżby on wam sprzyjał?

— O, do pewnego stopnia. I czasu prawdopodobnie. Na razie gotów by nawet i funduszem pewnym...

— Czyżby? A potem?

— O sympatiach takich ludzi decyduje siła.

— Myślę! — profesor odymał wargi i kiwał głową: bardzo dziwne i niewyraźne wydało mu się to, czego się tu dowiadywał o baronie.

Lecz oto powróciła Wanda, przyniósłszy ze sobą blade milczenie. W rękach splecionych trzymała jakieś książeczki małe, niby modlitewniki tego skupienia. Miała się ku wyjściu. Barońskiego człowieka zaufania prosiła, by posłał kogo ze służby na miasto po codzienną odzież Niny, która, nie myśląc już o spoczynku, pragnęła się tylko jak najprędzej stąd wydostać. Wychodzili tedy we trójkę, gdyż Komierowski ofiarował się odprowadzić Wandę.

Na progu zatrzymał się w namyśle i dał od siebie zlecenie słudze. Wręczał klucz i posyłał na swój czwartak w sąsiedniej ulicy, aby się upewnił, czy tam kogo nie szukano, a jeśli można, zabrał jakąś paczkę z pieca i przeniósł ją tutaj. Człowiek zaufania chwycił polecenie w nadstawione ucho i, pochylając głowę statecznie, przymknął powieki na znak ścisłego i milczącego wykonania zlecenia. Wanda spoglądała na to frasobliwie i jakby z wyrzutem; jej wielkie oczy zdały się mówić: „Po cóż to jego wciągać w takie konfidencje!”

— No cóż? on dobry człowiek — mruknął Komierowski niedbale.

Człowiek zaufania, podawszy profesorowi z godnością palto, wyświecał ich wszystkich na schody, zatrzymawszy się przy drzwiach jak posąg. Profesor zrozumiał to sposągowienie sługi i cofnął w kieszeń garść z drobną monetą. A gdy ujrzał przed sobą nisko pochyloną głowę, chwyciła go nagle taka niewytłumaczona odraza do tego łba, że cofnął się odeń gwałtownie, jakby w skurczu.

Usłyszał głuche zatrzaśnięcie drzwi, które uderzywszy echem pod wysoki strop klatki schodowej wracało niskim pohukiem niby zatajonego w tych murach złowieszczego śmiechu.