Zżymnął się gwałtownie na ten ostatni akord wrażeń dzisiejszych.

Tu już nie duchy postępowe i „życia lampy”, lecz niewyraźna atmosfera jakichś innych duchów, gaszących płomyki zarodkowe, potrącała myśli czujność w odrazie ledwo świadomej.

„A jednak to życie — myślał teraz — pod błahą i nikczemną powierzchnią swoją jest przecie podmyte głębszymi nurty196, jak może nigdzie na świecie, w ciasnocie ludzkiego tu bytowania stykającymi się nieprawdopodobnie; wrogimi na śmierć, a spokrewnionymi tak niesamowicie instynktami podziemia”.

Ta pobłażliwość Komierowskiego dla lekceważonych kombinacji barona, nad którymi zastanowić się nawet nie raczył! A potem ta jego niedbała dobroduszność wobec — kto wie — czy nie ducha stróża nad baronem! „Zaś ja — przypominał — jakżem ja tu został powitany?”

Węzeł był zbyt niepokojący, aby nie zwrócić myśli na jego rozplątanie.

„O tym — rozważał tedy — co ludzi rozbraja do siebie ufnością — nie o sympatii bynajmniej, lecz o pewnej pociągliwości ku sobie, decyduje atmosfera, jaka każde życie otacza w zgoła nieuświadomionych drobiazgach sposobu dawania się, gestu, ruchu, spojrzenia. Dla opieszalca inny opieszalec będzie wprawdzie zgoła obojętny, lecz w tej właśnie obojętności... «no cóż? — dobrym człowiekiem»; dla junaka nawet rabusiowa zuchwałość gotowa stać się czymś fascynującym; szczerego nawet błaha i pusta szczerość wiązać będzie niechybnie; dla skrytego cudzej skrytości jeszcze nawet nieuświadomione cechy będą czymś wzbudzającym zaufanie. Jest pewne ponure pokrewieństwo instynktów, nawet wśród sterujących wolą w biegunowo przeciwne kierunki: ci najtrudniej uwierzą w złobę197 krewniaka. Niesamowite i złowieszcze krewności zapowiadają instynkty podziemia”.

Ocknięty z zadumy słyszał ostatnie, coraz to niższe pohuki w głębokiej studni klatki schodowej: śmiech milkł, zatajał się w tych murach.

Wystąpili wreszcie na ulicę i poczęli chłonąć świeżość poranka w piersi zdławione. Oczy profesora błąkały się mimo woli po monotonnych szeregach okien przeciwległych. „Oto — myślał — jakim powietrzem oddychają po wszystkich tych wnętrzach, w których dławi się duch powszechności, wtłoczony w ramy za ciasne”.

I zadumał się nad tym, czy każdy nieukrócony zasób sił dawnych, na wspak temu życiu w tych wnętrzach rodzony, nie musi siłą konieczności pójść na zatracenie po etapach dalekich? Czy każda rzetelniejsza wrażliwość, po kątach rodzinnych pamiątek pajęczyną przeszłości omotana, nie uwiędnie tu w młodym smętku dla życia i nie dojrzeje na cichą ofiarę? Czy każda namiętność, w atmosferze zastoju do ambitnego czynu nieponoszona, nie gorzeje tu bez płomienia i nie tli się dymnie wraz z duszą młodą? Czy pospolite tu marzycielstwo kobiet i mężczyzn nie wypełni się nazbyt rychło mętem zgnuśniałego naokół życia? Czy, rzadkiej tu w istocie, bujności natury kobiecej w atmosferze takich uczuć i namiętności nie grozi zwichrzenie bezsterowym zasobem sił emocjonalnych? Czy... i tak bez końca!

A nade wszystko: czy nie są to tych wnętrzy198 ofiary konieczne? i czy nie zwą się one tego życia — młodością?