Zagadnął go wreszcie Komierowski, zapatrzonego w tak surowym skupieniu w te głuche szeregi okien naprzeciw.
— Ach, panie! — odparł. — Zajrzałem oto dziś do jednego z wnętrzy199 takich — i znam je wszystkie już! Wychodzę pijany smutkiem aż do nienawiści życia. To uczucie musi być wam dobrze znane, hę? — spojrzał na niego spode łba. — Aż do nienawiści samego siebie, gdy energia bez ujścia zło lub żółć w sobie tylko warzy i serce nią własne zalewa. Dosyć z wami wieczór jeden przeżyć, aby was zrozumieć.
— Toteż pułkownik przecinał węzeł naszego życia mieczem. Gotów był nas wszystkich na wojnę zaprosić.
— I miał słuszność, dalibóg!
— Prawda? — rozpromienił się Komierowski w oczach.
I nacisnąwszy głębiej kapelusz na czoło dla ukrycia tu na ulicy bandażowej przepaski, chwycił go aż pod ramię w ożywieniu nagłym.
— Prawda, panie? To jest więcej niż słuszność: to jest zrozumienie konieczności. Bo prócz „racji stanu”, życia i jego krzywd czy pożądań jest jeszcze ta najważniejsza: racja dusz ku czemuś fatalnie dojrzałych. Dojrzałe tu one jak owoce późne. I gniją, gniją na drzewach. Należy je czym prędzej otrząsać.
— Sobie! — mruknął i spojrzał nań znów spode łba.
— Czyjaż to własność jest — te dusz ogrody? Boję się, czy nie pierwszego wiatru. Macie mi gnić marnie i rozsiewać tylko kołem wasze zło bezpłodne, czyńcie mi tedy moje zło twórcze.
— Któż to tak niby mówi?