Szyd220 tłumów ponury rozlegał się długą salwą naokół.

Komierowski szarpał brodę.

Jego niedobre ożywienie wonczas wśród zaułków minęło rychło, pozostawiwszy niesmak do siebie za wszelkich słów zbyteczność. Zjawienie się tych pielgrzymów obcych rzuciło mu błyski w oczy, lecz ochmurzyło czoło jeszcze bardziej. Naciskał kapelusz głębiej na przepaskę czoła, nastawiał kołnierz: cały człowiek zjeżył się był milczeniem. Jakoż od dłuższego czasu nie odzywał się tu między nimi wcale. Teraz dopiero pod te pomruki i złe śmiechy tłumów ocknął się jakby i zatrzymał na nich głuche wejrzenie. Targał brodę. Wreszcie odezwał się głosem jakby znużonym, z trudem dobywającym z siebie słowa cierpkie:

— Te wasze idiotyczne sympatie, Jur, dla dewocji. Święta „Agapa” była także komunistką, powiedział wam może jaki głupkowaty kleryk. A te mużyki221 są nimi również.

Ten zmieszał się w pierwszej chwili, lecz niebawem zaciął się wejrzeniem na znak, że o tych rzeczach mówić nie chce.

— Po książkowemu, po waszemu — mruczał tylko — dogadałbym ja się z ludźmi za lat dziesięć pono.

Komierowski zwrócił się gwałtownie do profesora z desperackim rozłożeniem rąk.

— A przecie: zawsze to samo! Na dnie wszystkiego ten przeklęty sentymentalizm narodu! Tam — mówił wskazując w górę, ku miastu — „wieszczów” mądrość biblijna lub dewocje doktrynalne; tu: idealizacja nędzarzy jako „sprawiedliwych w Panu” i naprawiświatów właśnie, powołanych przede wszystkim do „prostowania dróg Jego”.

Profesor spoglądał mu tylko w oczy, jakby potakując milczeniem każdemu jego słowu. Po długiej dopiero chwili podjął:

— Otóż to! Wciąż jeszcze na dnie dusz owieczki Kościoła tylko! potrzebujące przede wszystkim wiary głębokiej w czyjeś wskazania i wyznawań cudów tej wiary; a w nadmiernej żarliwości właśnie — herezji i odszczepieństwa... I bodajże tak we wszystkich objawach życia u nas! Tam na górze — bodajże i w dziedzinie sztuki nawet! Wszelkie wybijanie okien na świat, wprowadzanie nowego zaczynu ducha, nowych czy wolnych tam myśli, wszelka agitacja oto wśród tłumów i ta rzecz najelementarniejsza: walka — wszystko to zamienia się u nas zawsze — chciej, nie chciej! — w mątarstwo sekciarskie.