Jur przysłuchiwał się tej rozmowie inteligentów ciekawie i nieufnie zarazem. Odymał się zaciętością swoich, innych myśli.

I odciągnął tym ku sobie uwagę Komierowskiego.

— Słuchajcie, Jur — rzekł niecierpliwie — co znaczy to wścibiarstwo wasze we wszystkie tu sprawy? — tam dobrowolne katowanie jakiegoś łotra, potem to znęcanie się nad figurką złośliwego przechodnia... Czego wy się tu pchacie ciągle w nie swoje rzeczy?

— Bo jestem „na dzielnicy”.

— Nie za policjanta chyba?

— A czemu pan nie przy pracy, nie w fabryce? — zagadnął go profesor z góry.

— A temu! — rzucił hardo, przystępując doń.

Lecz profesor krótkim gestem dłoni wypraszał sobie dystans kroku i słowa.

— Uu!... hrabia pewno.

I draśnięty do żywa szlachecką oraz „inteligencką” wyniosłością polskich panów radykalnych, a poderwany godnością osobistą, powiedział mu, niby szeptem, w nos: