— Mnie inna tera robota nastała. Ja jestem na fonduszu partyjnym.

Lecz w tejże chwili skleiły mu się usta, a twarz przybladła. Profesor odruchowo wejrzał na Komierowskiego.

I przeraził się sam w tej chwili jego oczu, dotychczas zawsze głuchych i wymijających.

Nastała ciężka chwila ciszy.

Jur stał wciąż blady, wyciągając mimo woli ramiona po bokach.

Wreszcie jakby uwolniony spod tego przybicia spojrzeniem, zwrócił się do panów Bogdanowicza i Mikulskiego, pod ich adresem wypowiadając swoją obronę:

— Bo krzywda, moi panowie, to nie po świecie sobie chodzi, tylko po ludziach — czynił zarazem przytyk do ich abstrakcyjnych teorii, których nasłuchał się był widocznie, i rehabilitował prawo swego kułaka. — Choćby i tamten „lokatur” on cały. Musowo było z nim się załatwić. Som takie pijawy, po bagnach nędzy osobliwie, których nikt nie wyłowi. Kto go tknie, kto świadczyć będzie, kiedy go się wszyscy strachali? I te dziwek dranie nawet, te łobuzy, zuchy one, a nie poradzili z nim przecie, choć go czasem który swym lichym kozikiem ukłuł... Bo organizacji między nimi nie ma!... A tamtemu co? — w szpitalu się tylko wypyszniał. Ledwo wylazł: i ot, jaką śtukę urządził onej wdowie. Wszystkie jej przecie wątpia wydziabnął z brzucha pieknie na wierzch. Nie zobaczysz: mig i już! Uu! — majster on na nóż.

— Zamilczcie, Jur! — syknął Komierowski, znękany już wprost na twarzy.

Jur zagryzał wargi.

— Uważenia jeno chciałem za tamtą grzankę — warknął tonem usprawiedliwienia.