Na brukach, kędy okiem sięgnąć, widać czapki, kapelusze, laski, ciemne chusty babie i pstre parasolki. Pod płotem samym leży coś, jakby spadłe z niego: okrycie męskie długie, czarne, wzdęte nieco nad bruk...
Targnięta lękiem instynktu, patrzała z czujnością zwierzęcia nieomal.
Sterczą spod tego palta nogi sztywne.
Serce jej ścisnęło się nagłym skurczem i zaparł oddech przerażeniem rzeczy najstraszniejszej, widzianej po raz pierwszy młodymi oczami. Powieki zapadły ciężko; jak gdyby dłoń jaka opiekuńcza i surowa przysłoniła jej oczy: „Nie patrz! W duszę nie bierz!”
— Koń! koń! — uradowała się znowuż żywemu stworzeniu w tej pustce grobowej. „Wraca!” — myślała z ciepłą jakby otuchą, gdy głowa osłabła opadała równocześnie w tył. Ciemieniem uderzywszy o bruki, słyszy tym wyraźniej rytmiczne podrywy cwału...
— Nie, po co pod mur? Po co? — upierała się kapryśnie w czyichś ramionach. — Kiedy wszystko jedno. Zaraz wstanę. Dziękuję panu.
— Niech się panienka nie boi nic! — wołano nad nią śpiewnie, jak w polu: z akcentem na ostatnim słowie.
— Gdzie jest koń?
— A mnie on co?! Nie mój. I jest o czym myśleć teraz!
— Takie wszystko strasznie dziwne...